Wiadomości
Fot. Radio Gdańsk/Wojciech Stobba

piątek,

07 grudnia 2018

09:02

Mobbing w jednej z pomorskich fundacji? "Prezes uderzyła mnie i szarpała za włosy". Kierownictwo stanowczo zaprzecza

Fundacja "Żyć godnie" z Kolnika w powiecie gdańskim istnieje od blisko dwudziestu lat. Na podstawie umowy z gminą Pszczółki prowadzi środowiskowy dom samopomocy. Fundacja organizuje też warsztaty terapii zajęciowej, nad którymi nadzór merytoryczny sprawuje starostwo w Pruszczu Gdańskim. Ma około pięćdziesięciu niepełnosprawnych intelektualnie podopiecznych. Ma też fatalną opinię wśród obecnych i byłych już pracowników, którzy zgłosili się do Radia Gdańsk.

Kierownictwo fundacji miało stosować wobec swoich pracowników mobbing. Ci twierdzą też, że znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. O nagłośnieniu sprawy zdecydowali po zdarzeniu, do którego doszło pod koniec listopada.

- Wezwano mnie do gabinetu pani prezes, która zarzuciła mi zniszczenie ważnej dokumentacji. Nie miałam z tym nic wspólnego, ale moje tłumaczenia nie pomogły - opowiada pani Marzena, zatrudniona w fundacji jako terapeutka. W trakcie spotkania prezes fundacji miała uderzyć ją w głowę i szarpać za włosy. W obecności innych pracowników miała w wulgarnych słowach kazać jej się wynosić. – Wy*****alaj stąd, usłyszałam – relacjonuje pani Marzena. – Tego, co działo się ze mną później już nie pamiętam, bo zemdlałam – dodaje. Na miejsce wezwano karetkę i policję. Pani Marzena trafiła do szpitala i obecnie przebywa na zwolnieniu lekarskim. Nie spodziewa się, że kończąca się w grudniu umowa na okres próbny będzie przedłużona.

GRANICE ZOSTAŁY PRZEKROCZONE

Jak mówią pracownicy fundacji, incydent z listopada nie był odosobnionym przypadkiem. Już wcześniej kierownictwo miało dopuszczać się różnych form mobbingu.

– W tym miejscu panowała atmosfera strachu. Pani prezes groziła, że naśle na nas służby, nawet za taką drobnostkę, jak niewpisanie daty na dokumencie – opowiada terapeutka z dwuletnim stażem w fundacji. – Straszyła nas podsłuchami i ukrytymi kamerami. Paranoja! – podsumowuje.

– Pracuję w fundacji od września tego roku. W bardzo krótkim czasie doświadczyłam różnych form mobbingu. Słyszałam nieprzyjemne komentarze na temat mojego stroju. Kazano mi też myć umywalkę w toalecie szczoteczką do zębów, bo rzekomo nie potrafię sprzątać – wymienia pani Marzena.

Pan Bartłomiej przez półtora roku był zatrudniony w fundacji jako pracownik biurowy. – Przez ten czas byłem nazywany debilem i smarkaczem. Kierownictwo fundacji oskarżało też pracowników o kradzieże i wyłudzenia. Pewne granice zostały przekroczone – dodaje pan Bartłomiej.

JEST ZAWIADOMIENIE DO PROKURATURY

Byli i obecni pracownicy fundacji "Żyć godnie" zawiadomili już prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez kierownictwo. Pod pismem w tej sprawie podpisało się jedenaście osób, które występują jako osoby pokrzywdzone lub jako świadkowie. Liczą, że będą zgłaszać się kolejne osoby, które na przestrzeni ostatnich kilku lat doświadczały mobbingu w fundacji.

– Zawiadomienie wpłynęło do nas na początku grudnia. Sprawa została skierowana do właściwej miejscowo Prokuratury Rejonowej w Pruszczu Gdańskim. Śledczy mają 30 dni na decyzję o ewentualnym wszczęciu postępowania – informuje Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

 

IMG 20181205 115122354

Fot. Radio Gdańsk/Wojciech Stobba

 

Prezes fundacji Jolanta Kołkowska odmówiła nam oficjalnego komentarza. Twierdzi, że to ona padła ofiarą swoich pracowników, a ataki na fundację są nieuzasadnione. Do odpowiedzi wyznaczyła jednak Teresą Czarkowską, którą fundacja zatrudnia jako terapeutkę i pielęgniarkę.

– Ostatnie tygodnie są dla nas bardzo trudne, bo nasyła się na nas ciągłe kontrole. To są działania na szkodę fundacji i naszych podopiecznych. Czas, który moglibyśmy poświęcić podopiecznym, tracimy na produkowanie dokumentacji – mówi Teresa Czarkowska. – Wszelkie zarzuty są bezpodstawne. Nie wiem, co chcą osiągnąć inicjatorzy tych działań. Wiem tylko, że w tej grupie są osoby niekompetentne, które nigdy nie powinny trafić do pracy z niepełnosprawnymi – dodaje.

Kierownictwo fundacji twierdzi, że donosy i kontrole są próbą zdyskredytowania działalności i w konsekwencji przejęcia jej. – Jeśli ktoś ma zakusy na prowadzenie środowiskowego domu samopomocy, to niech złoży ofertę w konkursie. Wygra lepszy – komentuje Teresa Czarkowska.

KONTROLE NICZEGO NIE WYKAZAŁY

W listopadzie ubiegłego roku kontrolę w fundacji przeprowadziła Państwowa Inspekcja Pracy. Nie stwierdzono wówczas mobbingu ani dyskryminacji pracowników. Uwagi inspektorów dotyczyły jedynie kwestii administracyjnych, związanych z umowami o pracę.

Po sygnałach ze strony pracowników fundacji z Kolnika, na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni odbyły się dwa spotkania kierownictwa fundacji z lokalnymi władzami. W żadnym z nich nie wzięli jednak udziału pracownicy. Lokalne władze nie mają zastrzeżeń do pracy z podopiecznymi. Potwierdza to Beata Kowalczyk, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Pruszczu Gdańskim.

– W comiesięcznych protokołach, które otrzymujemy od rady programowej warsztatów terapii zajęciowej, nie ma informacji o zaniedbywaniu uczestników. Z kolei troska o to, jak wyglądają relacje pracodawcy z pracownikami, nie leży w naszych kompetencjach – tłumaczy.

CO Z PODOPIECZNYMI?

Pracownicy fundacji, którzy zgłosili się do naszej redakcji, obawiają się o swoich podopiecznych. – Nam tej pracy już nikt nie przywróci. Nagłaśniamy jednak sprawę po to, by przywrócić radość życia naszym niepełnosprawnym podopiecznym. Ci ludzie potrzebują stabilizacji. Ciągłe zmiany im szkodzą – mówi pani Marzena.

Tego, że wśród terapeutów, zatrudnianych przez fundację, jest duża rotacja, nie ukrywa nawet jej kierownictwo. Byli pracownicy dodają, że w ciągu roku większość terapeutów była wymieniana nawet trzykrotnie. – Na początku każdy był zadowolony, ale pod koniec okresu próbnego był traktowany przez panią prezes jak ten najgorszy. Jedni sami rezygnowali, a innym nie przedłużano umowy – twierdzą.

W ostatnich latach miało dochodzić do sytuacji, w których liczba wakatów na stanowiskach terapeutów była tak duża, że do opieki nad niepełnosprawnymi delegowano pracowników biurowych. – To pracodawca na podstawie swoich obserwacji i opinii decyduje, czy po okresie próbnym przedłużyć umowę. Mieliśmy też do czynienia z pracownikami, którzy popełniali ewidentne błędy i w takich przypadkach rozwiązywaliśmy umowy – komentuje Teresa Czarkowska z fundacji "Żyć Godnie".

– Informacje o tym, że terapeuci przebywają na zwolnieniach, są dla nas niepokojące. Pojawia się pytanie: kto zajmuje się niepełnosprawnymi – mówi Beata Kowalczyk, dyrektor PCPR.

Kierownictwo fundacji zapewnia, że obecnie brakuje tylko jednej osoby do prowadzenia warsztatów terapii zajęciowej. – Pracownicy mają swoje prawa, ale nie powinniśmy zaogniać tego konfliktu. Dla pięćdziesięciu osób z niepełnosprawnością jest to drugi dom. Naszym priorytetem jest dla nas zapewnienie im komfortowych warunków – podsumowuje dyrektor PCPR.

 

Wojciech Stobba/mk