Wiadomości
Nowy napis zamieszczony przez członków SKT, którzy przebywają na kortach od niedzieli Fot. Radio Gdańsk/Piotr Puchalski

środa,

13 czerwca 2018

07:00

Impas na kortach w Sopocie. Każda strona sporu liczy na… policję

Sopot Tenis Klub wystosował pismo do Komendanta Policji w Sopocie i do Komendanta Wojewódzkiego Policji w Gdańsku pismo z "żądaniem pilnej ochrony". Do funkcjonariuszy apeluje także prezydent Jacek Karnowski. Policja rozkłada ręce, mówiąc, że to nie komendanci, a sąd decyduje o rozwiązaniu impasu na sopockich kortach.

W niedzielę w nocy działacze Sopockiego Klubu Tenisowego w asyście prywatnej ochrony weszli na teren sopockich kortów i zablokowali bramy. Prezydent Jacek Karnowski nazwał to siłowym wtargnięciem i zgłosił sprawę policji. Policja interweniowała, ale interwencja skończyła się wylegitymowaniem osób, przebywających na korcie. Funkcjonariusze dostali też do wglądu dokumenty, dotyczące sytuacji prawnej, związanej z prawem do użytkowania terenów. To, że mundurowi nie usunęli siłą członków SKT, nie może dziwić.

PREZYDENT NACISKA POLICJĘ

Poszkodowani czują się członkowie stowarzyszenia, obecnie dzierżawiącego korty od miasta, czyli Sopot Tenis Klubu. Zarząd klubu wystosował pismo do Komendanta Policji w Sopocie oraz Komendanta Wojewódzkiego Policji w Gdańsku. Pismo opatrzone jest nagłówkiem "Żądnie pilnej ochrony prawnej przed bezprawnym zamachem". W piśmie zaznaczają, że "osoby, które bezprawnie i siłą włamały się do pomieszczeń klubu, kortów i hal tenisowych dopuściły się szeregu przestępstw". I przytaczają 5 artykułów kodeksu karnego.

- Pracownicy klubu pozbawieni są pieniędzy, kasy, sprzętu, dokumentów, czyli wszystkiego, co jest im potrzebne do pracy. W tej chwili przebywają na dawnych kortach miejskich na ul. Haffnera. Dlatego chcemy, żeby policja w końcu zrobiła porządek i umożliwiła nam nie tylko wejście do biur, do Hali Korneluków, ale żeby te osoby, które zajęły nasze korty, zostały w końcu wyrzucone - mówi Wiesław Pedrycz, prezes Sopot Tenis Klubu.

W sprawie zabrał głos prezydent Sopotu, który uważa, że wydarzenia ostatnich dni nie tylko pokazują, że w Polsce można naginać prawo, ale także mają zły wpływ na wizerunek kurortu.

- Pojawia się pytanie czy taki obraz, który widzimy na zdjęciach prezentowanych przez media jest tym, co powinni oglądać mieszkańcy Sopotu i turyści. Ten obraz przedstawia przestrzeń publiczną, pilnowaną przez, nie obrażając nikogo, osiłków. I to jest pytanie do policji i prokuratury. Zwracam się z takim pytaniem również na piśmie – mówi Jacek Karnowski.


 
SUKCES DZIAŁACZY SKT?

Zwolennicy zajmujących korty działaczy Sopockiego Klubu Tenisowego uważają, że to, iż policja nie usuwa członków SKT z kortów jest niepodważalnym dowodem na to, że mogą oni przebywać tam w świetle prawa. Czy rzeczywiście tak jest?

- Zgłoszenia dostajemy zarówno od jednej, jak i drugiej strony, wszystkie wyjaśniamy. Jeżeli są jakieś przesłanki do prowadzenia czynności, to oczywiści policjanci je prowadzą. Trzeba jednak pamiętać, że ten konflikt na drodze cywilnoprawnej toczy się już od kilku lat i tak naprawdę w tego typu sytuacjach ostateczną decyzję podejmuje sąd, to on jest władny, by zakończyć te wszystkie spory – wyjaśnia rzecznik sopockiej policji aspirant Lucyna Rekowska.

Zatem zarówno pisma prezesa STK i prezydenta Karnowskiego mogą trafić w próżnię. Sprawę komentuje także prezes SKT Bartłomiej Białaszczyk, który uważa, że wraz z innymi członkami stowarzyszenia wkroczył na korty, żeby zadbać o mienie klubu w sytuacji, w której miasto nie stosuje się do postanowień sądu.

- Dziś korty są już otwarte i dostępne dla wszystkich sopocian. Serdecznie zapraszamy, wystarczy podejść do recepcji, wyrazić chęć grania i wpisać się na listę. Co zaś tyczy się opowieści o bandytach, to mamy tam jedną z najbardziej renomowanych agencji ochrony i tylko dzięki temu, że są ci panowie, nie doszło do żadnych awantur, bójek. Część ludzi, która zajmuje się ochroną, to też członkowie naszego klubu oraz zaprzyjaźnieni sportowcy i trenerzy. Właśnie dzięki nim mogliśmy już dziś otworzyć korty, nie obawiając się niechcianych incydentów – mówi Białaszczyk.

Impas trwa.


Piotr Puchalski/mk