Wiadomości
Pani Ela po raz pierwszy opowiedziała o swojej tragedii Fot. Radio Gdańsk/Anna Rębas

niedziela,

07 stycznia 2018

15:06

Elżbieta Dąbrowna opowiada o tragedii na Atlantyku. "Wołał: Ela zawracaj! Ten krzyk cały czas siedzi w mojej głowie"

Elżbieta Dąbrowna razem z mężem popłynęła w rejs dookoła świata w lipcu ubiegłego roku. Jej mąż wypadł za burtę 21 listopada 2017 w okolicach Barbadosu. Do dziś go nie odnaleziono. Ona wróciła bezpiecznie do Gdańska.

Pani Elżbieta po raz pierwszy opowiedziała o swojej tragedii na naszej antenie.

POSŁUCHAJ ROZMOWY ANNY RĘBAS Z ELŻBIETĄ DĄBROWNĄ:



Gdańszczanie Stanisław Dąbrowny i jego żona Elżbieta zaginęli na Oceanie Atlantyckim w drodze na Barbados, podczas rejsu dookoła świata w listopadzie ubiegłego roku. Byli kilka dni drogi do wyspy Barbados na Karaibach, mieli tam dotrzeć na początku grudnia. Gdy przez kilka dni córki nie mogły się z nimi skontaktować, 24 listopada powiadomiły służby. W tym czasie pani Elżbieta skontaktowała się z jedną z nich. Podczas krótkiego, 15-sekundowego, połączenia przez telefon krzyczała: "Agnieszka nic nie idzie, nic nie idzie... waszego ojca nie ma już na pokładzie". Gdy panią Elżbietę odnaleziono po kilku dniach, była zdezorientowana i płakała. Podjęła ją brazylijska jednostka. Po tygodniu przerwano poszukiwania pana Stanisława.

 


Pani Elżbieta na początku grudnia wróciła do Gdańska pod opiekę córki. Przez miesiąc była też pod opieką psychologa. Święta spędziła u dzieci. Po powrocie nie chciała rozmawiać z dziennikarzami, jak mówiła "nie była gotowa". Teraz, miesiąc po tragedii, zdecydowała się opowiedzieć o całym zdarzeniu naszej reporterce, Annie Rębas.

 20180105 101035 1515316072910

Fot. Radio Gdańsk/Anna Rębas

Po tym, jak wypadł za burtę unosił się przez dłuższy czas na wodzie. Był spokojny, wyglądał tak, jakby siedział na wodzie. Nie szarpał się, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Czekał spokojnie na wodzie. Zastanowiłam się, dlaczego nie chwyta żadnego koła ratunkowego. Ani liny, która oderwała się od genakera.

Podejrzewam, że mógł być w szoku. To był przecież moment. Ta chwila trwała kilka sekund, może minut. Mąż poszedł na dziób, by podnieść genaker (dodatkowy żagiel), który niebezpiecznie się opuścił i moczył w wodzie. Mocował się z tym żaglem, ja byłam sztywna ze strachu, ale bałam się krzyknąć.

"Stasiek wracaj, zostaw tę szmatę". Tak myślałam patrząc na tę szamotaninę, ale nie chciałam krzyczeć, żeby go nie wprowadzać w jeszcze większy stres. Widziałam, że on też się trochę boi.

Poza tym nie przypiął się szelkami, ani nie miał kamizelki asekuracyjnej. Bałam się podać mu to wszystko przez okienko na dziobie, bo ono ciężko się otwierało. Bałam się czy je podniosę, a potem zamknę. Choć mąż był doświadczonym kapitanem i miał wszystkie patenty - sternika, kapitana, nie ubrał szelek i nie przypiął się do jachtu. Zawsze mu przypominałam "weź ten pas". Ale to była chwila. To zawsze jest chwila. Wtedy całe życie przelatuje przed oczami...

On nie wziął tego pasa ubezpieczającego, wyprostował się i nagle pod tym naporem mokrego żagla, pod jego ciężarem przekoziołkował do wody. Zrobił fikołka. Jakby zsunął się do niej. Trzymał się przez chwilę tego żagla, ale potem nagle znalazł się w wodzie.

Widziałam, że się szamoce. A potem wypadł. To było straszne. On odpłynął mi gdzieś w ciągu 10 minut. Siedziałam przez całą noc. Zastanawiałam się, jak mam zawrócić. Nie zmrużyłam oka. Świeciłam latarką,wypatrując męża i kół ratunkowych, które wyrzuciłam z jachtu. Jedno koło było przywiązane do szpuli. Drugie było tylko lekko przywiązane. Najgorsza była świadomość, że zostawiłam męża w wodzie i nie mogłam mu pomóc. Dlaczego on nie krzyczał, dlaczego ja nie zawracam. Może wtedy bym jakoś razem z nim wpadła na to, że autopilot jest włączony.

Wyłączyłam go dopiero, kiedy przestałam męża słyszeć. Już wtedy ryczałam jak bóbr. Bo wiedziałam, że zostawiam zdrowego, świadomego człowieka na wodzie. Czas stanął mi w miejscu. Na zegarek spojrzałam około drugiej w nocy. Ale pilota wyłączyłam wcześniej.

Nie potrafię tego zrozumieć. On wyleciał za burtę, a ja nie mogłam mu pomóc. Cała szamotanina męża i moje próby ratowania go trwały w sumie nie wiele więcej niż 15 - 20 minut. Słyszałam tylko "Ela zawracaj, Ela zawracaj". Ten krzyk cały czas siedzi w mojej głowie. 

Dlaczego nie trenowaliśmy pomocy osobie, która znajduje się za burtą? Nie ćwiczył też ze mną nigdy komendy "człowiek za burtą". Nigdy nie było na to czasu. Choć ja i on wiedzieliśmy, że to może się nam przydać. Mógł choć raz pokazać mi, co mam robić, gdyby coś się działo. Taki trening np. raz w tygodniu mógłby go uratować... Zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia. Gdyby mi choć raz pokazał, co w takich przypadkach robić.

Gdyby choć raz zabrał mnie do tego telefonu i pokazał jak go włączyć. Ale nie chciał go wcześniej uruchamiać, bo połączenia były bardzo drogie. Sam także ograniczał połączenie przez satelitę. Dlatego potem miałam takie kłopoty z włączeniem tej maszynerii. Ale i tak zrobiłam to.

Wiedziałam, że muszę dodzwonić się do córek. I udało się. W końcu dodzwoniłam się do Agnieszki. Krzyczałam, że taty nie ma na pokładzie. Potem rozmawiałam też z moimi synami Grzegorzem, Radkiem i Michałem. Oni pomagali mi płynąć i podawać istotne dane, by służby mogły szukać ojca. Podawałam współrzędne na podstawie dziennika pokładowego. Początkowe źle odczytałam swoje położenie. Dopiero potem jakoś udało się określić miejsce, gdzie mój mąż wypadł. Aż do momentu, kiedy obok mnie znalazły się dwa statki. Jeden z nich, brazylijski statek przewożący sok pomarańczowy, wziął mnie na pokład.

Byłam uratowana, ale cały czas w szoku. Nie rozumiałam długo, dlaczego nie mogłam zawrócić tego jachtu. Przypomniałam sobie, że dopiero po jakimś czasie, gdy płynęłam w takim szoku, udało mi się wyłączyć tego autopilota. To są takie intuicyjne, mechaniczne działania. Przypominałam sobie, co robił mąż. Jak wyłączał i jak włączał tę aparaturę.

Musiałam też sama zabezpieczyć porwany genaker, odcięłam przecież wcześniej jego część, tak, by nie obijał się o jacht. Musiałam wykonywać te same czynności tak, by zapewnić sobie minimum bezpieczeństwa. Nigdy na jachcie nie byłam sama. Nie lubię i nie umiem pływać. A nagle los postawił mnie właśnie w takiej sytuacji. Modliłam się, płakałam, modliłam. Wszystkie łzy wylałam na oceanie. Tu w Polsce już nie płaczę. 

Przeżyłam płynąc samotnie przez 5 dni dość duże 3 ulewy, ale nie zwracałam na to uwagi. W sobotę połączyłam się ponownie w Agnieszką i Hanią, z córkami. W niedzielę Hania powiedziała, że płynie do mnie statek. I spróbuje mnie zdjąć z jachtu. Miałam przygotować się do ewakuacji. Spakować się, przygotować dokumenty, paszporty, to, co jest cenne i się ewakuować. Z jednej strony pojawił się w końcu statek – wielki tankowiec, a z drugiej strony jakiś taki mniejszy – a ja po środku. Bałam się że mnie zmiażdżą. Oni mnie widzieli. Trąbili dając mi znaki. Jednak nie mogliśmy nawiązać kontaktu. W końcu syn podpowiedział mi, jak włączyć kanał 16. I wtedy miałam wołać pomocy.

Wcześniej napisałam sobie czerwoną pomadką SOS na prześcieradle i zawiesiłam na rufie. Udało mi się też wypuścić racę ratunkową. Druga niestety nie odpaliła. Spadła mi na pokład. Zalałam ją wodą. Ale przepaliła mi się linka od żagla. Bałam się, że na pokładzie będzie pożar. W końcu podpłynęli ludzie ze statku, wsiadłam na szalupę i zabrali mnie na pokład. Dopłynęłam z nimi do Brazylii.

Czy wierzę że mąż żyje? Tak. Wierzę. Musi gdzieś być. Trzeba wierzyć w Boga. Ja się bardzo modliłam, prosiłam Boga, żeby mi go oddał. Specjalnie na tę podróż kupiłam sobie brewiarz. Wierzę że Bóg mi pomoże i mąż się odnajdzie. Nie musi być w wodzie. To niemożliwe. Ale ktoś mógł go uratować, zanim podjęto akcję poszukiwania go. Mój mąż nie zasłużył na to, bym na zawsze go miała stracić. Byłam nieświadoma tego, co mam robić. Wiem, że zawiniliśmy, bo nie miałam odpowiedniego przeszkolenia. Gdyby umarł, ja bym to czuła. Ani razu mąż mi się nie śnił. Śnił mi się tylko jego koszmarny krzyk: "Ela zawracaj".

20180105 101010 1515316073712

Pani Ela z najmłodszym synem - Michałem Fot. Radio Gdańsk/Anna Rębas

Anna Rębas/hb