Wiadomości
Pochylnia Całuny to prawdziwe wyzwanie, ale zdecydowanie polecamy! Fot. Radio Gdańsk/Maria Anuszkiewicz

wtorek,

16 maja 2017

19:10

Śluza to pestka, nas kręcą PRAWDZIWE wyzwania. Czas na Pochylnię Całuny

Łodzią po trawie? Czemu nie! We wtorek przyszedł czas na największe wyzwanie. Przed nami pojawiła się Pochylnia Całuny.

Opowieści o tej nietypowej atrakcji słyszałyśmy wiele. Że może nas przechylić o 40 stopni, że łódka nam ucieknie, albo nad nią nie zapanujemy. Teraz możemy zgodnie stwierdzić – to najlepsza przygoda, jaka nas spotkała podczas tego rejsu!



Z Elbląga wypłynęłyśmy rano. Trasa – wymarzona. Cisza, spokój, słoneczko, piękna okolica. Rzeką Elbląg dopłynęłyśmy do Jeziora Druzno, a stamtąd na spotkanie z przygodą.

JEDYNE TAKIE BUDOWLE NA ŚWIECIE

Czym w ogóle jest pochylnia? To „budowla hydrotechniczna umożliwiająca w ramach kanałów niwelowanie znacznej różnicy wysokości”. Najprościej mówiąc – trzeba przemieścić się między dwoma zbiornikami, które nie są ze sobą połączone, a w dodatku różnią się poziomami wody. Warto dodać, że pochylnie na Kanale Elbląskim są jedynymi czynnymi tego typu budowlami na świecie!

W przypadku Pochylni Całuny różnica poziomów wody wynosi aż 13,83 m. My płynęłyśmy od „niższej strony”, a więc musiałyśmy wjechać pod górkę. Tak, wjechać – bo miałyśmy przed sobą dobry kawałek… torów. Operacja, choć może wyglądać na skomplikowaną, jest naprawdę prosta.

ŁODZIĄ PO TORACH

Trzeba wpłynąć w wąskie przejście i odpowiednio ustawić się na wózku, który nas zabierze na górę. Tutaj zaczyna się praca zespołowa, bo każdy w ekipie ma swoją funkcję. Po wpłynięciu na wózek, trzeba do niego przycumować łódź. Kiedy to się uda, wszyscy wychodzą na trap (który jest częścią wózka) i przyciągają do siebie łódź. Dlaczego? Bo w innym przypadku przy wynurzaniu mogłaby po prostu zjechać do tyłu, albo przechylić się na drugą stronę – nawet pod kątem 40 stopni! Ale spokojnie - we wszystkim pomaga pan z obsługi pochylni.

Gotowość do „jazdy” oznajmia gong, w który uderza ktoś z załogi. To sygnał, tak zwany „SMS” – jak mówi przewodnik z elbląskiego PTTK, pan Leszek Marcinkowski - dla obsługi pochylni, że można ruszać. I jedziemy! Pod stopami czuć lekkie trzęsienie, słychać turkot kół. 24 – tonowy wózek rusza w górę, a łódź powoli na nim osiada. Teraz trzeba się trochę skupić i mocno trzymać nasz „Vabank II”, bo może szarpnąć. Wreszcie woda opada, a my zostajemy na trapie. Pozostaje tylko trzymać liny.


Cała jazda po torach odbywa się spokojnie, więc przy okazji można podziwiać piękne widoki. Kiedy łódź minie wzniesienie, zjeżdża powoli na dół i znów osiada na wodzie. Teraz wystarczy tylko odcumować liny i wskoczyć na pokład.

MY CHCEMY JESZCZE RAZ!

Zadanie wykonałyśmy bezbłędnie – nasza Pani Kapitan była z nas dumna. Okazało się, że niepotrzebnie pochowałyśmy wszystkie naczynia w obawie, że nas przechyli – nawet nie drgnęły. Pochylnię pokonałyśmy dwa razy i właściwie mogłybyśmy to robić codziennie – naprawdę świetna sprawa.

Po drodze zajrzałyśmy jeszcze do maszynowni - te wszystkie ogromne koła, liny i cały system naprawdę robią wrażenie. Co ciekawe - pan z obsługi pochylni powiedział nam, że ani razu nic się nie zacięło! Tak tylko dodam, że jej budowę zakończono w 1860 roku, więc trochę lat ma :)

To był ostatni dzień rejsu pierwszej damskiej ekipy w składzie: Basia Kopaczewska, Agnieszka Michajłow, Ewelina Potocka, Ola Wojciechowska, Dagmara Szajda i Maria Anuszkiewicz. W środę łódź przejmuje druga załoga. Ale my nie mówimy do widzenia, tylko AHOJ! Widzimy się za rok!

Maria Anuszkiewicz


Zobacz Galerię