Styl życia
Jolanta Kwaśniewska fot.Agencja KFP/Mateusz Ochocki

piątek,

20 marca 2015

14:36

Jolanta Kwaśniewska dla RG: "Odcinam złe myśli i osoby, które są wampirami energetycznymi"

Radiu Gdańska zdradza, że nie jest foką, tylko aktywnym ratlerkiem. Życie chwyta garściami, a jak jest w swoim rodzinnym mieście Gdańsku, to aktywnie spędza każdą wolną chwilę. Z byłą pierwszą damą Jolantą Kwaśniewską na temat pracy, życia i rodzinnego miasta rozmawiał Piotr Mirowicz.

{article k2:Natalia Kukulska o krążku Ósmy Plan: Trzeba robić coś autorskiego, wtedy znajdą się odbiorcy}{div width:355|float:right|class:artinart}{title} {introtext:90} {readmore}{/div}{/article}Piotr Mirowicz: Przyjechała Pani do Trójmiasta na festiwal Zatoka Kobiet. Przysłuchiwałem się w jaki sposób Pani rozmawia z kobietami. Pani jest takim akumulatorem. Kobiety uczą się od Pani, chcą być takie jak była pierwsza dama?
Jolanta Kwaśniewska: Nie, wzajemnie z siebie czerpiemy i to jest najważniejsze. Ważną rzeczą jest też to, żeby działać na podobnych falach, żeby od osób, które mają charyzmę trochę tej charyzmy przejąć i działać na takim etapie jak możemy, ponieważ nie każda z nas może działać na taką samą skalę. To jest kwestia możliwości finansowych, kwestia mediów. Kobietom, które działają lokalnie mówię, że każda z nich ma możliwość działania na takim etapie, w tym obszarze, który im w duszy gra. Jeśli chcą przyłączyć się do działań mojej fundacji, to tylko mogę się z tego cieszyć.

PM: Rozmawiamy w Gdańsku, Pani rodzinnym mieście. Często Pani tu wraca?
JK: Często mam wrażenie, że w ogóle stąd nie wyjechałam, bo moje serce jest tutaj zawsze. Przyznam, że najczęściej przyjeżdżam do mojej Klinki Onkologii Dziecięcej, która jest na ul. Dębinki i którą wybudowała moja fundacja. Przywozimy kolejny dar dla oddziału, albo spotykamy się z dzieciakami. Każde miejsce w Trójmieście to są wspomnienia. Tu w Sopocie studiowałam przez cztery lata na Wydziale Prawa i Administracji. W Gdańsku chodziłam do szkoły średniej...

PM: ... do dziewiątki.
JK: Do dziewiątki, obecnie imienia Krzysia Kolbergera, mojego przyjaciela i kolegi ze szkoły.

PM: Dwa miesiące temu szkole nadane zostało imię Krzysztofa Kolbergera...
JK: Tak wiem, nie było mnie wtedy w kraju i bardzo żałuję, że nie mogłam przyjechać i uczestniczyć w tym wydarzeniu. W Trójmieście mam jeszcze wielu przyjaciół. Trójmiasto to wspomnienia sprzed kilkudziesięciu lat. To są same ciepłe i fajne wspomnienia, bo to jest tak, że staramy się tych trudnych momentów nie pamiętać i je wymazujemy.

PM: Gdańsk się zmienił na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat?
JK: Zmienia się. Pięknieje i ogromnie mnie to cieszy. Jechałam z Wrzeszcza do Sopotu i wielu miejsc nie poznałam.

PM: Rowerem czy samochodem?
JK: Samochodem (śmiech).

PM: Jak już Pani przyjeżdża do Gdańska to jeździ Pani na rowerze, biega, aktywnie spędza czas?
JK: Na rowerze nie jeżdżę, ale z moją siostrą spacerujemy i biegamy w Parku Nadmorskim. Dla mnie aktywność fizyczna jest bardzo ważna. Aktywność sportowa to jest życie. Do aktywności namawiam wszystkie osoby, w każdym wieku. Rodziców, którzy mają małe dzieci i osoby starsze. Bo musi pan wiedzieć, że mamy dwie kategorie osób. Mówię o tym często moim interlokutorom, że jedna grupa starszych osób to są foki, które leżą na kanapie i proszę swoich mężów czy wnuków, żeby zrobili herbatę, podały pilota. A druga grupa osób starszych to są ratlerki. To są osoby, które są cały czas w ruchu. I ta druga grupa, to jest właśnie taki dobry przykład dla innych osób, żeby nie przybierały na wadze, żeby były w dobrej kondycji, bo kiedy przestajemy się poruszać, wtedy powolutku odchodzimy.

PM: Proszę wybaczyć, że o to zapytam, ale do której grupy Pani należy?
JK: (śmiech) Nie wiem czy ratlerek, czy może bulterier. Jestem fighterem. Ale wydaje mi się, że chyba bardziej ratlerkiem, bo czasem to jest takie jazgotanie małego pieska, który potrafi wiele zdziałać (śmiech).

PM: Wracając do koleżanek ze szkolnej ławki. Jak spotyka się Pani z nimi, to co one Pani mówią? Jolu nic się nie zmieniłaś, tyle lat minęło a ty nadal wyglądasz jak w liceum?
JK: (śmiech) Jest nawet lepiej. Koleżanki, z którymi się spotykam mówią, że wyglądam lepiej niż x lat temu. Ale ja im mogę powiedzieć dokładnie to samo. Wie pan, że dla mnie rzeczą niebywałą jest to, że ja w sercu czuję się młodo. Spotykam się z osobami grubo po osiemdziesiątce czy dziewięćdziesiątce, ostatnio byłam na spotkaniu z Danutą Szaflarską, która skończyła sto lat. Patrzyłam w jej młode oczy, dla mnie pani Danuta i zresztą ona samo to mówi, że czuje się na trzydzieści lat. Najważniejsze żeby w naszym życiu chciało się chcieć. I żeby mieć jakąś pasję, żeby do czegoś ciągle dążyć. Najgorzej jak oglądamy się za siebie i mówimy, że wszystko za nami, wszystko przeżyliśmy, nie ma żadnego celu, nie ma powodu dla którego mielibyśmy żyć. W związku z tym, ja z tymi moimi sześćdziesięcioma latami czuję się bardzo dobrze.

PM: Jakie ma Pani teraz plany?
JK: Wielka kampania roczna oswajanie starości. To jest tytuł roboczy mojej fundacji, ale stworzyliśmy stronę Internetową oswajanie starości już dwa lata temu. Do tego stworzyliśmy kampanię, którą nazwaliśmy Długowieczni. Naszym patronem jest Telewizja Polska, do projektu dołączyło się również Polskie Radio. Będziemy chcieli w wielu aspektach przybliżać różne kwestie dotyczące starości.

PM: To ta sfera zawodowa. Fundacja, czyli coś w co się Pani angażuje w 100%.
JK: Na co dzień.

PM: A jak jest w sferze prywatnej.
JK: Jak pan mówi, że fundacja to jest 100%, to co mi zostaje w tej sferze prywatnej? (śmiech).

PM: Załóżmy, że fundacja to 99% a sfera prywatna to jeden procent.
JK: W takim razie, ten jeden procent to jest najpełniejszy i najmądrzejszy sposób spędzania czasu. Wtedy, kiedy ten czas mamy wolny, kiedy mąż jest w kraju, i kiedy możemy pojechać do siebie na wieś. Bo wieś, jest takim moim miejscem na ziemi, gdzie możemy spokojnie sobie pichcić, chodzić na spacery z naszymi psami, zapraszać przyjaciół. Wieś to także miejsce, w którym możemy myśleć i obmyślać jakieś kolejne strategie. Takie miejsce jest potrzebne, bo uważam, że żyjemy tu i teraz i powinniśmy się naprawdę cieszyć każdą chwilą. Czasu nie powinniśmy tracić na głupoty. On przecieka nam przez palce, a żal jest tego czasu, bo jak zaczniemy rozglądać się na to wszystko, co dzieje się choćby za naszą wschodnią granicą, to przyznam szczerze, że mi truchleje serce. Miałam 60 lat dobrego życia, nawet po 55 roku, kiedy się urodziłam, kiedy było wspólne dzielenie biedy, to nie czułam tego, co czuję w tej chwili, bo była nadzieja. To co się dzieje u naszych przyjaciół na Ukrainie jest czymś, co mnie ogromnie przejmuje i myślę o przyszłości mojego dziecka i innych dzieci. I przyszłości moich wnuków. Dlatego, choćby z tego względu trzeba taką małą łyżeczką czerpać z tego, co nam daje życie.

PM: Tęskni Pani za wielką polityką?
JK: Nie. Polityka to jest zmienianie rzeczywistości a ja na taką skalę, na jaką mogę robię to w ramach mojej fundacji i to są takie namacalne rzeczy. To daje największą satysfakcję, takie małe zmiany. Wie pan, ja mam dobre życie. Jestem osobą szczęśliwą, spełnioną i ze spełnionym mężem, z cudnym dzieckiem i fantastycznym zięciem. Z gronem bliskim przyjaciół i współpracowników, którzy podobnie myślą i nadają na takich samych falach jak ja. W życiu staram się odcinać wszystkie złe myśli i osoby, które są wampirami energetycznymi, bo żal jest im mojego życia. Wiem, że mam coś do zaoferowania, bo z jakiegoś względu przez 10 lat mogłam stać u boku wspaniałego człowieka, będąc pierwszą damą i moją powinnością jest oddawania tego, co otrzymałam przez ten czas. Dla mnie to był wielki honor i zaszczyt. Dlatego trzeba dawać, bo tylko wtedy jest się człowiekiem spełnionym. Nie żyje się dla samego siebie. Najważniejsze jest też to, żeby się nam chciało chcieć.

PM: Dziękuję za rozmowę.
JK: Dziękuję.

mir/mat