Sport
Na zdjęciu Sławomir Peszko (po lewej) i Dino Stiglec ze Śląska Wrocław (po prawej) i (Fot. PAP/Marcin Gadomski)

sobota,

24 sierpnia 2019

19:36

Show Peszkina wystarczył "tylko" na punkt. Lechia ze Śląskiem na sprawiedliwy remis

Sławomir Peszko twierdził, że miał tylko "pomagać" kolegom i uzupełniać ich w tym sezonie. Przeciwko Śląskowi był jednak najlepszy i zapewnił remis 1:1. Na cały obraz złożyła się przeciętna pierwsza połowa i przyzwoita druga. Ale to wciąż nie daje pełnej puli punktów.

NIEURODZAJ W ATAKU

Biednemu wiatr w oczy – to można powiedzieć o "urodzaju" Lechii w ataku na mecz ze Śląskiem Wrocław. Dwa dni przed spotkaniem urazu nabawił się Artur Sobiech, a diagnozy były na tyle poważne, że 29-letni napastnik nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Możliwości rotacji w ataku były więc znacznie ograniczone. Od pierwszej minuty Stokowiec postawił na ofensywny tercet Haraslin-Flavio-Peszko z Portugalczykiem ustawionym na środku.

POŁOWA DO ZAPOMNIENIA

Niedokładność – ona w wykonaniu biało-zielonych w pierwszych 45 minutach raziła najbardziej. Niby były okazje do zdobycia gola, niby Lechiści potrafili sobie coś soczystego wypracować. Jeśli jednak spojrzeć na to wnikliwiej, wnioski nasuwały się zgoła inne. A to zabrakło dokładnego dośrodkowania, a to zagotował się w 100-procentowej sytuacji Flavio, a to Lipski spudłował coś, co spokojnie mógłby ulokować w bramce.

A że ktoś kiedyś wpadł na porzekadło: niewykorzystane szanse się mszczą, to Śląsk postanowił z tego porzekadła skorzystać. W 38 minucie Lechiści skupili uwagę na Cholewiaku, ten przytomnie podał do Płachety, który z 20 metrów kopnął wprost do gdańskiej bramki.

POKORNY PESZKIN

Sławomir Peszko wrócił do gdańska pełen pokory, z zapewnieniami, że nie tylko nie zmarnuje danej mu szansy, ale też, że zna hierarchię w zespole i wie, że ma "pomóc". Tymczasem przeciwko Śląskowi nie tylko był "pomagającym", ale przede wszystkim tym, który grę drużyny napędzał, konstruował ataki i miał największy wpływ na jakość gry. Zwieńczeniem tej postawy był gol skrzydłowego z 54 minuty w samo okienko bramki strzeżonej przez Putnockiego.

A że Peszkin nakręca się wtedy, kiedy mu idzie, to na kolejne okazje z jego strony nie trzeba było długo czekać. Niestety nie udało się żadnej z nich zakończyć golem.

SZKODA FREKWENCJI

I jeszcze słowo o frekwencji. 13691 obejrzało widowisko z perspektywy bursztynowej bryły. Na warunki całej Ekstraklasy wynik przyzwoity, ale jeśli dodać do tego okoliczności towarzyszące, to wychodzi już jedynie przeciętnie. Po pierwsze, do Gdańska przyjechał lider, który jeszcze w tym sezonie nie przegrał. Po drugie, kibice obu zespołów ze sobą sympatyzują od wielu lat i wydawało się, że w sobotnie sprzyjające popołudnie uda się zmobilizować wrocławskich fanów do wypełnienia choćby połowy obiektu. Ale jak się nie ma co się lubi, to się szanuje punkt w rywalizacji sportowej i frekwencję na poziomie 1/3 wypełnienia obiektu. 

Lechia Gdańsk - Śląsk Wrocław 1:1 (0:1)

Bramki:
38' P. Płacheta, 54' S. Peszko 

Lechia:
D. Kuciak - K. Fila, M. Nalepa, B. Augustyn, F. Mladenović - J. Kubicki, D. Łukasik, P. Lipski (46' R. Wolski)- S. Peszko (83' M. Gajos), F. Paixao, L. Haraslin (78' Z. Udovicic)

Śląsk:
M. Putnocky - Ł. Broź, I. Puerto, W. Golla, D. Stiglec - K. Mączyński, J. Łabojko - M. Cholewiak (84' M. Chrapek), R. Pich, P. Płacheta (89' M. Hołownia) - E. Exposito (60' D. Szczepan)

pkat