Sport
Fot. Arka Gdynia SSA

środa,

05 grudnia 2018

17:56

Bez awansu, bez „kołyski”. Michał Nalepa: „Strata zawodnika nie musi oznaczać straty bramek”

Do pełni szczęścia po narodzinach synka brakowało mu tylko pozytywnego rozstrzygnięcia w meczu z Jagiellonią i awansu do ćwierćfinału Pucharu Polski. Tylko, lub aż. – Czerwona kartka nie oznacza, że musieliśmy przegrać mecz. Mogliśmy przynajmniej konsekwentnie dowieźć remis – mówił pomocnik po porażce z wicemistrzem kraju.

Posłuchaj rozmowy z Michałem Nalepą:



DEFENSYWA KOSZTEM OFENSYWY

Dwa mecze z Jagiellonią Białystok jeden po drugim – najpierw w lidze, a cztery dni później w ramach Pucharu Polski – od początku oznaczały jedno: łatwo nie będzie. Dawały jednak trenerowi Smółce i jego podopiecznym rzadki przywilej testu przed właściwym starciem, jakim dla Arkowców był mecz pucharowy.

– Przeanalizowaliśmy nasz ostatni mecz z Jagiellonią, było tam zbyt dużo błędów w grze obronnej. Chcieliśmy to naprawić i tak się zastanawiam, czy trochę nie za bardzo skupiliśmy się na tej grze defensywnej – przyznał po spotkaniu Michał Nalepa.

– I Luka, i Michał, i Jankes, i ja, każdy z nas, kto podłączał się do ofensywy miał coś zrobić i po prostu nie daliśmy z siebie tego, co powinniśmy – zauważył pomocnik.

„NIE PŁAKAŁBYM TAK BARDZO”

Trener Zbigniew Smółka rozpoczął pomeczową konferencję prasową od pogratulowania zawodnikom „naprawdę dobrego spotkania”. Choć z tym, czy jego poziom faktycznie był tak dobry niekoniecznie zgadzają się wszyscy kibice, Nalepa również znalazł pozytywne aspekty.

– Nie powiem, że był to fantastyczny mecz, ale uważam, że nie graliśmy jakiegoś dramatu. Nie płakałbym tutaj tak bardzo. Uważam, że był to przyzwoity mecz, cały czas na 0-0. Taki, gdzie w ofensywie nie mieliśmy zbyt wiele, a można i powiedzieć, że mało, ale też nie było takich momentów, że Jagiellonia miała 3-4 sytuacje pod rząd. Taki mecz na remis – powiedział piłkarz do mikrofonu Radia Gdańsk.

– Po tej czerwonej kartce trochę się to zmieniło, choć za łatwo straciliśmy bramki po utracie zawodnika. Strata zawodnika nie musi oznaczać straty goli – dodał.

ZROZUMIENIE DLA DEI

Dużą odpowiedzialność za końcowy wynik wtorkowego spotkania poniósł Adam Deja. Po uderzeniu przeciwnika w twarz, w 71. minucie pomocnik ujrzał bezpośrednią czerwoną kartkę, osłabiając grających wyrównane spotkanie kolegów.

Niewielką wyrozumiałością wykazał się na konferencji prasowej trener, znacznie więcej miał jej dla kolegi z zespołu Nalepa.

– Adam przeprosił całą drużynę, a ja jestem takim człowiekiem, że staram się go zrozumieć. Nie pochwalam takich zachowań, ale to jest życie piłkarskie – nie jest ono takie proste, jak się wydaje, powiedział zawodnik.

– Takie rzeczy zdarzają się najlepszym piłkarzom na świecie, nie będę już przytaczał, jakim. Nerwy czasami puszczą, emocje wezmą górę i tyle. Jeden piłkarz oleje to i pozostanie spokojny, a drugi podejdzie do tego bardziej emocjonalnie – kontynuował.

PLANY NA MAJÓWKĘ?

W związku z końcowym wynikiem, dość wcześnie zmianie muszą ulec plany tych kibiców, którzy liczyli na to, że po raz trzeci z rzędu długi weekend majowy spędzą na Stadionie Narodowym w Warszawie.

– Fajnie było przez te dwa lata, niezapomniana przygoda – szczególnie ta, gdzie później graliśmy w Lidze Europy. Do dzisiaj mówię chłopakom, którzy nie byli tam z nami, że ten mecz w Lidze Europy, jeden i drugi, to chyba były dla mnie najlepsze mecze w karierze, wspominał po meczu pomocnik żółto-niebieskich.

– Taka jest piłka, nie zawsze da się wygrać. Po prostu wygrywa lepszy – podsumował.

TATA PO RAZ PIERWSZY

Nie samą piłką jednak żyje piłkarz. Na niespełna dobę przed pierwszym gwizdkiem spotkania z Jagiellonią, 3. grudnia o godzinie 22:55, na świat przyszedł synek Michała, Maksymilian. I choć pierwszy mecz taty, jaki przeżył będąc już na świecie okazał się nieudany, niewielkie zdaje się to mieć w tym kontekście znaczenie.

– Nigdy nie czułem takich nerwów, jak wtedy – wspominał dzień narodzin Maksa pomocnik. – Stres był tak ogromny, że dwa mecze naraz, czy nawet trzy by go nie objęły. Ale później, jak już się bierze tego malucha na ręce, to jest to fantastyczna sprawa. Każdy, kto tego doświadczył wie, o czym mówię – dodał.

Gratulujemy szczęśliwym rodzicom!

Anita Kobylińska