Sport
Fot. Radio Gdańsk/Jacek Klejment

sobota,

15 września 2018

06:57

Medialny szkoleniowiec i wierni podopieczni. Smółka wierzy w piłkarzy, oni w jego wizję przed Piastem

Trener Smółka zbudował piłkarzy, którzy wierzą w jego umiejętności. Teraz muszą uwierzyć we własne siły i wygrywać, by równowaga została zachowana. Zadanie w sobotę nie będzie łatwe, Piast przegrał tylko z potentatami ligi i jest wysoko w tabeli. 

O wypowiedziach Zbigniewa Smółki było w ostatnich tygodniach głośniej niż o postawie jego podopiecznych. Gdyby nie efektowne gole i zagrania Michała Janoty, dalekim od prawdy nie byłoby stwierdzenie, że to Smółka jest głównym bohaterem Arki początku sezonu. Wytykano mu publiczną krytykę Adama Marciniaka oraz krytyczne słowa wobec gry przeciwników, głównie po meczu z Koroną Kielce.

OCZY NA TRENERA

Presję ze swoich zawodników niewątpliwie trener Smółka zdjął. Wiarę w siebie i swoją wizję pracy nadal ma niezachwianą. Żeby jednak argumenty nie wyczerpały się zbyt szybko, jego podopieczni muszą zacząć wygrywać. W sobotę zmierzą się z Piastem, który bardzo dobrze zainaugurował ligę. Drużyna Waldemara Fornalika przegrała jedynie z potentatami ligi: Jagiellonią i Legią, a ostatnio wywiozła cenny punkt z trudnego terenu w Poznaniu.

STOJĄ ZA SMÓŁKĄ MUREM

Michał Janota powiedział nam, że mając dobrych ludzi wokół siebie, człowiek rozwija się pod każdym względem. Na pewno chodziło mu m.in  o Zbigniewa Smółkę, za którym piłkarz podążył do Gdyni z I-ligowej Stali Mielec. Szkoleniowiec zaufał Janocie ( co w kontekście sportowym łatwym zadaniem nie było) , a ten konsekwentnie pod skrzydłami Smółki odbudowuje swą formę. Dziś jest liderem Arki i jej najskuteczniejszym strzelcem w lidze.

Podobnego zdania, odnośnie sensu pracy ze Zbigniewem Smółką jest Robert Sulewski. Jego droga do Gdyni wyglądała w taki sam sposób, jak Janoty. Wspólna praca z trenerem w Mielcu, wiara trenera w zawodnika i jego przybycie do Gdyni. Ale pozytywne słowa pod adresem trenera Arki nie są tylko kurtuazją. - To jest bardzo mądry człowiek, pozytywnie nastawiony do życia i treningów. Jeśli każdy będzie podążał tą drogą trenera, to ja uważam, że możemy bardzo dużo osiągnąć. Chodzi o grę piłką a nie przysłowiowe łamanie komuś nóg - deklaruje Sulewski.
 
Arka w tym sezonie jest drużyną chodzącą na kompromisy. Z 7 meczów aż 4 zakończyły się podziałem punktów. To z jednej strony pozytyw, bo drużyna nie przegrywa. Z drugiej zaś problem, bo dzieli się punktami z drużynami, które powinna pokonać (Cracovia, Zagłębie Sosnowiec).

JANKOWSKI PRZECIW "SWOIM"

Jeśli  zagra Maciej Jankowski, mecz powinien być dla niego szczególny z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy to osoba trenera Fornalika, z którym przyszło mu pracować w najlepszych momentach kariery w Ruchu Chorzów. Drugi to sama drużyna Piasta, dla której występował przez trzy sezony. Na razie nad morzem Jankowski  nie jest czołową postacią, strzelając od początku przygody z Arką średnio bramkę co szóste spotkanie. Dla napastnika to wynik mizerny. Ale tendencja się poprawia - w tym sezonie trafienie i asysta.

Spotkanie będzie więc testem dla medialnego trenera i jedną z odpowiedzi czy kierunek w którym prowadzi swoich piłkarzy jest słuszny. Jeśli Arka wygra, deklaracje Smółki o grze piłką ładną dla oka nabiorą sensu. W przypadku przegranej, nasilą się pytania o zasadność jego wiary. Remis tylko namnoży znaki zapytania.

Początek spotkania Piast Gliwice - Arka Gdynia w sobotę o 18:00.


Paweł Kątnik

Dominik Midak: Śmieję się, gdy biorą mnie za legionistę
13 wrz, 07:33
Dominik Midak, 21-letni właściciel Arki Gdynia, wyjątkowo przeżywa mecze swojego klubu. Po jednym z nich najpierw się rozpłakał, później trząsł się w łóżku, by kilka godzin później zwymiotować. 
Dominik Midak Foto: Piotr Matusewicz/Pressfocus / Newspix Dominik Midak
  • Dominik Midak jest najmłodszym właścicielem klubu w LOTTO Ekstraklasie. Ma tylko 21 lat
  • Właściciel Arki Gdynia w rozmowie z „PS” opowiada o tym, jak przeżywa mecze klubu, o jego prowadzeniu oraz odnosi się do zarzutów, że jest kibicem Legii Warszawa
  • Dominik Midak opowiada również o niespełnionej karierze piłkarskiej. Jako junior grał w Unii Warszawa

Jakub Radomski: Co mówili ludzie, gdy pojawił się pan w Arce Gdynia?

REKLAMA
Dominik Midak: Nieraz słyszałem, że do klubu przyszedł kibic Legii, który udaje, że jest fanem Arki. A tak naprawdę ja nigdy nie kibicowałem tej drużynie. Jako junior występowałem w Unii Warszawa i grałem przeciwko Legii, zresztą często wygrywaliśmy takie spotkania. Utrwaliło mi się pewnie w głowie, że to jest zespół, który trzeba pokonać. Dlatego bawiły mnie te głosy. Prawda jest taka, że choć jestem rodowitym warszawiakiem, kibicowałem Lechowi Poznań. Mama pochodzi z Poznania, a jej brat tam mieszka i jest zagorzałym kibicem. Miałem 12 lat, gdy wujek zabrał mnie na trybunę fanatyków na mecz Lecha w Lidze Europy z Manchesterem City. Jednym z moich ulubionych zawodników był wtedy Emmanuel Adebayor i byłem przeszczęśliwy, że oglądam go na żywo. Pamiętam, że w pewnej chwili sięgnąłem po aparat, żeby zrobić zdjęcie i ktoś mnie szturchnął. To był jeden z kibiców, wyglądał tak, że można było się go trochę przestraszyć. „Co tu zdjęcie robisz?! Trzeba śpiewać!” – usłyszałem. No i niedługo później poleciało: „Jazda z kur...” (śmiech).

Dlaczego akurat Arka?

Było kilka klubów, które wchodziły w grę. Jeden z wielką historią, dziś nieźle radzący sobie w ekstraklasie, ale w nim były same problemy, o których zresztą pisały media. W drugim klubie, który niedawno wylądował w II lidze, sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Ale to tylko dwa przykłady. W zasadzie każdy klub był na minusie. Arka była jednym z nielicznych, które po przejrzeniu ksiąg wyglądały dobrze. W przeszłości w Gdyni były gigantyczne długi, ale prezes Wojciech Pertkiewicz wyprowadził zespół na prostą.

Który mecz Arki, już po przejęciu klubu, przeżył pan najbardziej?

Dwumecz z Midtjylland w Lidze Europy. Podczas pierwszego spotkania w Gdyni poczułem, że jestem prawdziwym kibicem. Gdy w końcówce najniższy na boisku Rafał Siemaszko strzelił głową gola na 3:2, darłem się jeszcze przez kilka minut po końcowym gwizdku. Później nadszedł ten nieszczęsny rewanż. Mecz zbliżał się do końca, utrzymywał się remis 1:1, a ja odliczałem minuty. Witałem się już w zasadzie z kolejną rundą, myślałem o Milanie, na który mogliśmy wpaść. I nagle ten gol. Pomyślałem, że karma wróciła. Wcześniej my ich, a teraz oni nas. Po końcowym gwizdku popłakałem się na stadionie. Ryczałem jak dziecko. W nocy nie zmrużyłem oka. Cały czas trząsłem się w łóżku. O piątej rano wyszedłem z hotelu, by dojechać na samolot, a kiedy znalazłem się wreszcie w domu, dwa razy zwymiotowałem. Z nerwów. Dopiero po południu dałem radę usnąć.

Po ubiegłym sezonie pożegnaliście się z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim. To było jedyne wyjście?

Gdy przejąłem klub, chciałem, żebyśmy mieli trenera na lata. Po pierwszej rundzie sezonu 2017/2018 zajmowaliśmy szóste miejsce. To był duży sukces. A później najwidoczniej popełniono jakiś błąd. Słuchałem niedawno wywiadu z trenerem Ojrzyńskim. Mówił, że nie dostał tych zawodników, których chciał.