Sport
Fot. PAP/Artur Reszko

piątek,

20 lipca 2018

22:33

Rewolucja według Piotra Stokowca i zwycięska Lechia. Niemrawość Jagiellonii wodą na młyn biało-zielonych

Zaangażowanie - to słowo klucz w kontekście występu Lechii w Białymstoku. Gdańszczanie od niespodzianki rozpoczęli nowy sezon Lotto Ekstraklasy. Biało-zieloni pokonali wicemistrza Polski - Jagiellonię na ich własnym terenie 1:0. Na lampkę szampana zasługuje Piotr Stokowiec, który w Gdańsku zaprowadził normalność. Zmierzył się z przeciwnościami losu w kontekście problemów organizacyjnych Lechii, a przy okazji stworzył autorski projekt, który ma nareszcie ręce i nogi.
Pierwsze zaskoczenie - wyjściowy skład biało-zielonych. Środek obrony stworzony z Michała Nalepy i Błażeja Augustyna jeszcze dwa miesiące temu wywołałby salwę śmiechu wśród kibiców. Ten niepewny duet, nawet rozdzielony, zawalił kilkanaście meczów. Zestawienie ich razem to istna mieszanka wybuchowa. Chemia to jednak wspaniała nauka. Piotr Stokowiec może nie ma doktoratu z chemii, ale umiejętnie użył pipety i połączył te dwie substancje w dobrze funkcjonującą całość. 

OD SZALEŃSTWA DO MĄDROŚCI 

Lechia z poprzedniego sezonu, a Lechia z pierwszego meczu z Jagiellonią to dwa różne światy. Stabilizacja formacji defensywnej wydawała się niemożliwa. Uczucie to potęgował brak transferów i wątpliwej jakości materiał ludzki. Okazało się, że odpowiednie przygotowanie i mądra taktyka potrafi zdziałać cuda. Tak. To też zasługa Piotra Stokowca. Nalepa i Augustyn tworzyli jedność. Mądrze przesuwali grę, czuli przeciwnika, mieli nad nim przewagę kilku kroków. To tyle i aż tyle. Boki defensywy biły pewnością. Nie zmieni tego fakt, że bardzo szybko żółtą kartkę zobaczył Paweł Stolarski. Choć to młody zawodnik, z roku na rok łapie dobre zwyczaje. Wiedział kiedy odstawić nogę i nie osłabiać drużyny, a kiedy wejść mocniej na pograniczu przepisów. Po przerwie zmienił go Joao Nunes, który okrzepł w Lechii i wie, że ma zaufanie, o które wcześniej bardzo mocno walczył.

JAGIELLONIA CZYŚCIŁA BUTY 

Jagiellonia w spotkaniu z Lechią była jak pies rasy york. Poszczekała, poszczekała, ale pożytku z tego żadnego. Była wręcz jak pies zaczepno-obronny. Najpierw zaczepi, a potem trzeba go bronić. Lechia bardzo szybko zrozumiała taktykę rywala. Oskrzydlające akcję przyniosły skutek w 11. minucie. Długi przerzut na lewą stronę boiska, Haraslin zbiera piłkę, mocno centruje w pole karne, Paixao wyprzedza obrońcę i ładuje piłkę do bramki. Klasycznie, mądrze i śmiertelnie skutecznie. Można? Można. Ataki Jagiellonii były śmieszne. Sheridan odbijał się od Nalepy i Augustyna jak piłeczka ping-pongowa od paletki. Piłkarze z Białegostoku chcieli mieć jakieś alibi, ale wyszło z tego marne tłumaczenie. Pierwsza połowa zasłużenie dla Lechii. 

CZERWONA KARTKA WODĄ NA MŁYN 

Jagiellonia była bezradna. Aż strach myśleć jak wystąpią w Lidze Europejskiej, bo to co zaprezentowali przeciwko Lechii  upragnioną Europę oddala. Pisząc dość delikatnie. Rio Ave to nieco lepsza drużyna niż Lechia, zapewne także lepiej zorganizowana. Czarę goryczy w meczu z Lechią dopełniła czerwona kartka dla Guilherme. Od tego momentu Jagiellonia mogła już zejść do szatni. Jak na stadion wicemistrza Polski - trybuny ucichły. Pod koniec meczu z czerwoną kartką boisko opuścił także Sławomir Peszko. Ten ohydny faul, którego dopuścił się reprezentant Polski na pewno nie zostanie dobrze odebrany przez odpowiednie komisję. Bandytyzm powinno się tępić.

LECHIO, OBY TAK DALEJ 

Pomimo problemów organizacyjnych, Lechia zasługuje na oklaski. Nie było odpuszczonych piłek. Były organizacja gry, mądra taktyka, przesuwanie formacji, trzymanie linii, mądry doskok do rywala, umiejętny pressing i jeszcze kilka innych aspektów gry, z którymi nie mieliśmy do czynienia w zeszłym sezonie. Lechia wraca zwycięska i zasługuje na kredyt zaufania.
 
Wojciech Luściński