Sport
Fot. Szymon Popek

wtorek,

12 czerwca 2018

06:36

Krzysztof Wielicki: Denis Urubko grał pod siebie, rozczarował mnie. Wiedzieliśmy, że mu się nie uda [WYWIAD cz. 2.]

To miał być historyczny moment. Polacy jako pierwsi mieli zdobyć K2 zimą. Wielka wyprawa zakończyła się jednak niepowodzeniem i wielkimi kontrowersjami. Denis Urubko postanowił atakować szczyt samotnie, wbrew zakazowi kierownika wyprawy. Dlaczego nie został z niej wyrzucony? Co było największym problemem pod K2? Czy była realna szansa na sukces? Na te, i wiele innych pytań, w rozmowie z Tymkiem Kobielą odpowiedział Krzysztof Wielicki.
– Powiedział Pan, że gdyby na rosyjskiej wyprawie ktoś zachowywał się tak jak Denis Urubko, krytykował ją publicznie, to zostałby wyrzucony. Dlaczego w takim razie z polskiej nie został?

– Myślę, że dlatego, że jest to mój przyjaciel. Znam go wiele lat, wiem, że bardzo chciał wejść na szczyt i nie umiałbym tak postąpić. Ale mam do niego żal o nielojalność. Myślę jednak, że to minie i wszystko się ułoży. Zdarza się tak przy ambicjach personalnych. On miał je strasznie duże.

– To ego było problemem?

– Tak. Denis się bardzo rozwinął i w końcu osiągnął taką pozycję, że zaczął grać pod siebie. Ja go jeszcze chroniłem, w imię przyjaźni, która nas łączyła, ale zespół bardzo go krytykował.

– A czy gdyby on nie zdecydował się na indywidualne działania, to była realna szansa na wejście na szczyt?

– Gdyby poczekał do 4 marca, to miał szansę wejść z Adamem Bieleckim. Na pewno podjęliby próbę, bo było okno pogodowe, które dawało szansę wejścia. Natomiast on wyszedł w taką pogodę, że wiedzieliśmy, że mu się nie uda.

– Zgadza się Pan z tym, co on powiedział, że pod K2 byli sami egoiści?

– Może generalnie alpiniści są egoistami? To jest jego subiektywna ocena, do której każdy ma prawo.

POSŁUCHAJ WYWIADU

– Kiedy on poszedł w góry, Pan na pewno chciał, żeby przede wszystkim szczęśliwie wrócił. Ale gdyby zdobył szczyt, to byłby to sukces wyprawy, czy jego indywidualny?

– Myślę, że fifty-fifty. On był jednak uczestnikiem wyprawy. Kiedy wyszedł samotnie, spowodował troszeczkę kłopotów, bo musieliśmy wysłać dwa zespoły, które w razie czego mogły mu pomóc. To, że on powiedział, że nie potrzebuje pomocy, nic nie znaczy. Wystarczy, że dostanie kamieniem, czy złamie nogę i po zawodach. Były dwa zespoły, które na wszelki wypadek doszły prawie na 7000 metrów. On nie zdawał sobie sprawy, że narażał też innych kolegów. Nie wystarczy powiedzieć, że ja nic nie potrzebuję i idę.

– Czy Pan, patrząc na tę wyprawę, nie czuje się jak ojciec w przypowieści o synu marnotrawnym?

– Trochę tak, trochę mnie rozczarował. Ale myślę, że te relacje się naprawią. Już widzę, że zaczął tonować swoje wypowiedzi i przemyślał pewne rzeczy.

– Co Pan myślał, co Pan czuł, kiedy Adam Bielecki i Denis Urubko uratowali Elizabeth Revol?

– Normalne wyjście, nie czułem nic specjalnego. Tak jak Denis powiedział – takich sytuacji w górach mieliśmy w historii dziesiątki, nawet jeszcze trudniejszych. Ta była medialnie nagłośniona, więc wyszło na rodzaj bohaterstwa, ale to było normalne wyjście po kolegę. Nie wyobrażam sobie, że można byłoby nie pójść. Coś innego było dla mnie ważne. Kiedy zdecydowałem, że trzeba iść z pomocą i spytałem, kto leci, to wszyscy chcieli. To było budujące.

– A czy była realna szansa na uratowanie Tomasza Mackiewicza?

– Kiedy otrzymaliśmy informację, że ona go zostawiła i schodzi, to wiedzieliśmy już, że jest po zawodach. On się już nie mógł ruszyć. Oni nie mieli dobrej aklimatyzacji, co było fatalnym błędem. No ale wszyscy popełniają błędy, oni też je popełnili i źle się to dla nich skończyło. Wiadomo było, że przy braku aklimatyzacji i poruszania się krew zalega i obrzęk płuc bardzo szybko postępuje. W mojej opinii on nie przeżył tam 24 godzin.

– Wiemy już, że następna wyprawa nie odbędzie się w nadchodzącym sezonie, ale najszybciej dopiero w kolejnym. Dlaczego trzeba odczekać ten rok?

– Z różnych względów, przede wszystkim sponsorskich, bo duże firmy mają już zaplanowane budżety na ten rok. Druga sprawa to fakt, że trzeba zespół wzmocnić, poszukać młodszych kolegów, którzy chcieliby zaangażować się w eksplorację zimową. Mamy plany, żeby zorganizować dwie albo trzy wyprawy i wyłonić 2-3 osoby, które potrafią wspinać się w trudnych warunkach.

– Powiedział Pan, że zastanawia się, czy na następnej wyprawie nie podzielić zespołu na dwa teamy. Jeden przygotowujący i drugi zdobywający szczyt. Myśli Pan, że w świecie, o którym mówiliśmy – alpinistów-egoistów – znajdą się pokorni, którzy zgodzą się na to?

– Przed tą wyprawą były już takie propozycje. Nie zgodziłem się na nie, bo jestem z takiego pokolenia, że wydawało mi się nieetyczne dzielenie zespołu przed wyprawą. To w mojej historii nigdy się nie zdarzyło. Zauważyłem jednak, że część uczestników swoją działalnością i tym, co mówili, pokazywali, że oni nie będą wchodzić na szczyt. Oni chcieli wspinać się i pomagać. Uznałem, że jeśli są tacy, którzy klarownie stwierdzają, że chcą pomagać, to można zespół podzielić. Jeśli kolejna wyprawa ruszy, to chyba tak zrobimy, ale będzie musiało to być bardzo transparentne.

– Możemy teraz jasno zadeklarować, że Polacy wejdą na K2 zimą?

– Polacy będą próbować. Ważne, żeby się mierzyć, a kto wejdzie – nie wiadomo. Ale mierzyć się będziemy.

Rozmawiał Tymoteusz Kobiela