Sport
W finale z 2017 roku to Rafał Siemaszko strzelał dla Arki pierwszą bramkę. Fot. Arka Gdynia SA

sobota,

01 maja 2021

18:21

Cztery lata temu otwierał wynik na Stadionie Narodowym. Rafał Siemaszko: „Liczę na to, że chłopaki nie będą musieli grać 120 minut” [POSŁUCHAJ]

Gdyby nie jego bramka w 107. minucie, nie wiadomo, jak potoczyłby się finał z 2017 roku. – Pewnie skończyłoby się na rzutach karnych i wtedy już loteria, nie wiadomo, kto by wygrał – wspomina Rafał Siemaszko.

Posłuchaj rozmowy z Rafałem Siemaszko:




„FAJNIE BYŁOBY ZAGRAĆ PRZECIW ARCE”

Rafał Siemaszko był jednym z pierwszych zawodników „starej gwardii”, których latem 2020 roku zaproszono do opuszczenia Arki. Większość z nich nie ukrywała, że odchodzić nie chciała, ale pogodzili się z tym faktem – i pomimo niesmaku, który pozostał, żółto-niebieskie barwy także pozostały im bliskie.

Po zakończeniu wieloletniej przygody w Gdyni, były napastnik Arki zasilił szeregi drugoligowego Sokoła Ostróda. Tam udowadnia, że jeszcze nie nadszedł czas, by zawiesić buty na kołku.

– Jesteśmy beniaminkiem 2. Ligi, tak że robimy, co możemy, żeby utrzymać się w lidze – mówi piłkarz w rozmowie z Radiem Gdańsk.

– Może nawet uda się sprawić jakąś niespodziankę i załapać się do baraży, by przedłużyć ten sezon o kolejne dwa mecze. Gdyby udało się awansować do 1. Ligi, byłaby to miła niespodzianka – przyznaje.

Sokół Ostróda oscyluje wokół środka drugoligowej tabeli, ale różnica punktów dzieląca ich od baraży o awans do 1. Ligi pozostaje niewielka. A tam? Być może nadal będzie czekała na niego… Arka Gdynia. Żółto-niebieskim pozostało siedem spotkań, by udowodnić, że zasługują na powrót do elity.

– Rywalizacja na boisku zawsze jest zdrowa, więc fajnie byłoby zagrać przeciwko Arce. Ale nie odczuwam nie wiadomo jakiej złości. Było, minęło – i życie toczy się dalej, mówi Siemaszko, wspominając rozstanie z byłą drużyną.

KORONAWIRUSA UNIKNĄŁ, ALE KWARANTANNY NIE

Czasu na rozmyślanie jest sporo, gdy świat wciąż niecierpliwie czeka na to, by na dobre rozstać się z szalejącą od roku pandemią. Rafał Siemaszko ma na nią swój własny sposób.

– W Ostródzie są bardzo blisko jeziora, więc jak mam trochę czasu, to ruszam na spacerek i jakoś ten czas przyjemniej leci. Myślę, że to jest wystarczające na tę chwilę, żeby nie myśleć o wszystkich dobrach, które były dostępne wcześniej – przyznaje.

Koronawirus dopadł także ostródzką szatnię, choć jemu samemu udało się uniknąć zakażenia.

– Na początku sezonu mieliśmy przypadek koronawirusa, więc wszyscy byliśmy na kwarantannie. Dwa tygodnie w domu to nie był lekki czas, bo wiadomo, że człowiek zawsze chce wychylić się poza te cztery kąty. No ale jak trzeba było przesiedzieć, to trzeba było. Zleciało i na szczęście od tamtej pory nie mamy żadnych przypadków – opowiada.

SIEMASZKO VS SIEMASZKO

Pomimo tego, że od roku obserwuje poczynania Arki z daleka, niedzielny finał nie jest mu obojętny.

– Trzymam kciuki za Arkę, żeby wzniosła ten puchar – mimo tego, że otoczka nie będzie już taka sama, jak to było na Stadionie Narodowym. Wierzę jednak, że dadzą radę. Tak samo jak wtedy, niewielu wierzy, że Arka może wygrać, ale w piłce wszystko jest możliwe. Wcześniej też nie dawano nam szans, więc myślę, że teraz też można pokusić się o jakąś niespodziankę – mówi.

A jak czuje się, gdy z ust komentatorów – w kontekście obecnego zawodnika żółto-niebieskich – nadal regularnie słyszy swoje nazwisko?

– Dziwnie, trochę jakbym tam był – śmieje się. – Nieraz podczas transmisji komentator wspomni jednak też coś o mnie, tak że to też jest bardzo miłe, że pamiętają, że tam byłem i że trochę dla Arki zrobiłem – dodaje.

„WIDMO DRUGIEJ BRAMKI WISIAŁO W POWIETRZU”

Cztery lata temu mógł podczas finału wziąć sprawy w swoje ręce – i ostatecznie w najbardziej znaczący sposób, w jaki tylko dało się to zrobić, przyczynił się do zdobycia przez Arkę trofeum.

A gdyby w 107. minucie meczu na Stadionie Narodowym nie trafił do siatki…?

– Nie zastanawiałem się nad tym. Myślę, że pewnie skończyłoby się na rzutach karnych i wtedy już loteria, nie wiadomo, kto by wygrał. Fajnie, że strzeliliśmy jedną, potem drugą bramkę i mogliśmy utrzymać ten wynik. Chociaż w końcówce było gorąco – dostaliśmy bramkę kontaktową na 2-1 i już było niebezpiecznie, wspomina Siemaszko.

– We wcześniejszych meczach w lidze zdarzało nam się często tracić gole w doliczonym czasie, więc widmo drugiej bramki wisiało w powietrzu – dodaje.

ROZSTRZYGNĄĆ WYNIK W 90 MINUT

Finał z 2017 roku pozostaje żywym wspomnieniem nie tylko w głowach kibiców, którzy przeżyli tamtego dnia euforię nieporównywalną z żadnym innym wydarzeniem, jakie miało miejsce w najnowszej historii klubu. Wciąż wspominają go także główni aktorzy tamtego spotkania.

– Przechodzą mnie ciarki, kiedy czasami oglądam skrót z tego spotkania i sytuacje, które stwarzaliśmy. No i mój gol i Luki Zarandii, kiedy poszedł w rajd i strzelił na 2-0. To jest coś niesamowitego – mówi rozemocjonowany Rafał Siemaszko.

I choć liczy na ponowne zwycięstwo żółto-niebieskich, powtórka scenariusza sprzed czterech lat, jego zdaniem, nie jest idealnym planem na niedzielne popołudnie.

– Stawiałbym na to, że może się skończyć rzutami karnymi. Ale w Arce na szczęście jest jeszcze wiecznie młody Marcus, więc może on załatwi tę sprawę jeszcze w dziewięćdziesięciu minutach. Liczę na to, że chłopaki nie będą musieli grać przez 120 minut – mówi były napastnik gdynian.

Anita Kobylińska