Sport
Leszek Ojrzyński przed finałem PP był gościem Znajomych Ze Słyszenia (Fot. 400mm.pl/Piotr Kucza)

czwartek,

29 kwietnia 2021

15:30

Leszek Ojrzyński: Będę za Arką w finale. Wynik? 2:1. Trzeba wykorzystać słabe strony Rakowa, można ich zaskoczyć

Leszek Ojrzyński tworzył nowoczesną legendę Arki. Był jednym z głównych architektów największych sukcesów z 2017 i 2018 roku. – Rada dla Dariusza Marca? Wierzyć w swoje umiejętności i wykorzystać słabości Rakowa. Oni mają gorsze strony – mówi nam były trener żółto-niebieskich, który był gościem Znajomych Ze Słyszenia.
Jak czuje się Pan na trenerskim bezrobociu?

Tak do końca nie jest to bezrobocie. Zwolniono mnie z pełnienia obowiązków, ale dalej jestem zatrudniony przez Stal Mielec. Nie mogę podjąć pracy w innym klubie z ekstraklasy, więc oglądam, analizuję mecze, czekam też na finał Pucharu Polski. Arka sprawiła niespodziankę już samym dotarciem do tego etapu. Byłem też kiedyś trenerem Rakowa, ale to było dawno temu w niższej klasie rozgrywkowej. Z Arkowcami osiągnąłem swoje największe sukcesy, bardzo miło to wspominam, kilku zawodników i członków sztabu szkoleniowego jeszcze jest w klubie, dlatego będę kibicował żółto-niebieskim.

To kibicowanie jest takie niezmącone, szczere? W 2017 roku napisał Pan piękną historię, stworzył legendę, więc może myśli Pan sobie, że fajnie byłoby, gdyby Arka nie budowała jeszcze większej legendy? Zdobycie Pucharu jako klub pierwszoligowy byłoby czymś nieprawdopodobnym, większym. Jak Pan na to patrzy?

Nie, nie patrzę w ten sposób. Są tam ludzie, bez których w 2017 roku nie udałoby nam się osiągnąć sukcesu i im kibicuję. Mam tam dużo znajomych, fajne wspomnienia, dlatego trzymam za nich kciuki. Tym bardziej, że Arka jest teraz w pierwszej lidze, więc byłoby to fajne, gdyby drużyna skazywana na porażkę sprawiła niespodziankę. My to zrobiliśmy, bo przed spotkaniem z Lechem nikt w nas nie wierzył.

Co Pan czuje i myśli, kiedy słyszy hasło „Arka Gdynia”?

Myślę o tym, co było najlepsze – Pucharze Polski, Superpucharze, dwóch meczach w eliminacjach europejskich rozgrywek. Wspominam też przepiękne miasto, stadion, kibiców, klimat. Tego nikt mi nie zabierze. Epizod z Arką był dla mnie znaczący, pozostawił przyjaźnie i bardzo dobre wspomnienia.

TEJ ROZMOWY MOŻESZ TEŻ POSŁUCHAĆ:


Chcielibyśmy, aby trener sięgnął pamięcią do tych wszystkich legendarnych rozmów motywacyjnych, które przeprowadzał Pan z zawodnikami. Opowiadał nam o tym Damian Zbozień, zresztą bardzo ładnie trenera naśladując. Pamięta Pan, co, jak i do kogo mówił?

„Zboziu” nie grał, więc może na ławce go strofowałem. Wystąpił w finale Tadziu Socha, ale ważny był dla mnie każdy zawodnik, bo bardzo liczyliśmy na zmienników. To się sprawdziło, bo rezerwowi dali nam bramki i zwycięstwo w tamtym spotkaniu.

Pamiętam, że bardzo ważny był rozruch, który oswoił nas ze Stadionem Narodowym. Większość z chłopaków, może nawet wszyscy, nigdy wcześniej nie byli na murawie tego obiektu. Co prawda był to tylko rozruch, ale dał nam więcej swobody, którą wykorzystaliśmy potem w finale. Gra wyglądała dzięki temu lepiej. Przecież Lech był ograny w meczach o taką lub podobną stawkę, a my pierwszy raz się z tym spotkaliśmy.

Ma Pan jeszcze w głowie to, co robił tego dnia? Jakie stosował Pan tricki psychologiczne, żeby naładować zawodników?

Szczegółów nie pamiętam, ale wiem, że miałem bardzo duży dylemat w kwestii składu. Przed meczem nikt by takiego zestawienia nie wytypował. Dużą niespodzianką były niektóre wybory, część zawodników pojawiła się nagle w kadrze, a niektórzy wylądowali na trybunach. To było dla mnie ciężkie, powiedzieć chłopakowi przed tak ważnym meczem – słuchaj, stary, niestety, dzisiaj siedzisz na trybunach. To były najtrudniejsze dla mnie momenty. Każdy chciał zagrać, być ważny, być bardzo blisko. Moją decyzją Yannick Sambea Kakoko znalazł się poza kadrą meczową, Dominik Hofbauer był wśród rezerwowych. Sporo było zaskakujących zmian. To było wielkie ryzyko z mojej strony.

Motywacja też była, ale nikogo nie trzeba było szczególnie „ładować”. Mądrość i wiara w swoje umiejętności – to było bardzo ważne. Lech miesiąc lub dwa wcześniej w Gdyni wygrał na luzie. Nikt się nie spodziewał, że w najważniejszym spotkaniu będzie inny wynik niż zwycięstwo „Kolejorza”. Pamiętamy przecież, że oni nawet przed meczem wydrukowali już pamiątkowe koszulki. My mieliśmy jednak szczęście, zmienników i przede wszystkim drużynę, która się nie przestraszyła. Adrenalina była na bardzo wysokim poziomie, pewne rzeczy trzeba było tonować, ale zwycięzców się nie sądzi. Wszyscy świętowaliśmy, ważni byli też dla nas kibice, których było mnóstwo na stadionie. Cieszyć trzeba było się szybko, bo nie mieliśmy jeszcze zapewnionego ligowego buty. Musieliśmy po świętowaniu się zebrać i walczyć na ligowych boiskach.

CZYTAJ DALEJ:



Miał Pan szczególną satysfakcję z tego, że bramki zdobyli zawodnicy, których Pan wprowadził? To daje radość, że podjął Pan słuszne decyzje?

Najważniejsze dla trenera jest to, żeby plan na mecz się sprawdzał. Dodatkową satysfakcją jest, kiedy wprowadza się modyfikacje, zmienia się zawodników, a oni przesądzają o wyniku spotkania. Ziściły się marzenia. Graliśmy na Stadionie Narodowym jako zespół, który był skazywany na porażkę. Zwyciężyliśmy i to było wielkie zadowolenie.

Pamięta Pan, co mówił swoim zawodnikom i co myślał po pierwszej połowie? Pavels Steinbors momentami sam trzymał was w grze.

Rzeczywiście, było widać przewagę i jakość Lecha. Broniliśmy całym zespołem, cały czas dążyliśmy do tego, żeby nie stracić bramki. Pavels odgrywał bardzo dużą rolę, zresztą nie tylko w tym meczu. W przerwie i przed dogrywką kluczowi byli sami zawodnicy. Dobrze się czuli, motywowali. Krzysiek Sobieraj, Antek Łukasiewicz i inni bardziej doświadczeni dawali wiarę. Trener, przy 50 tysiącach kibiców, ma ograniczony wpływ na drużynę. Zawodnicy sami muszą sobie podpowiadać, motywować. To było kluczowe.

Chłopaki nie pękli, grali odważnie. Postawiliśmy się, szczęście było przy nas, bo przecież Majewski mógł w końcówce strzelić gola. Wyszło inaczej, my się cieszyliśmy. Po meczu Antek Łukasiewicz powiedział, że z Lechem można wygrać raz na dziesięć razy i to był ten mecz. Ja się z tym nie zgadzałem, bo zawsze można zmienić oblicze spotkania. Jeżeli wiemy, co mamy grać, wierzymy w plan i pracujemy na szczęście, to można wygrać z każdym. Tak było w tamtym finale i Arka idzie tym tropem też teraz.

Jak wyglądała cała celebra, to świętowanie? Pamięta Pan wszystko, co działo się już po końcowym gwizdku?

Wiedziałem, że chłopaków nie da rady utrzymać, po takim meczu nikt nie zaśnie. Głowy chodziły, wszystko wrzało, radość była olbrzymia. Mieliśmy dodatkowo urodziny chyba trenera Witta, to była kolejna okoliczność do świętowania. Zostaliśmy w okolicach Warszawy, zawodnikom pozwoliłem wypić po piwku, a wiadomo, jak to jest. Nie będę stał i im liczył. Pewnie niektórzy wypili i więcej. Były rodziny, zaprosiliśmy je, bo to było nasze wspólne święto, wspólna radość. Następnego dnia trzeba było wracać i swoje obowiązki spełnić – pokazać się u pana prezydenta, być na „Górce”. Nie byłem z tego zadowolony, bo mieliśmy ligę za pasem, ale wiedziałem, że trzeba to zrobić. Takie są obowiązki, żeby oddać to kibicom i włodarzom miasta, bo też nam pomagali.

Niektórzy trenerzy wzbraniają się przed świętowaniem z zawodnikami. Nie chcą łamać pewnych barier, żeby przypadkiem nie zniszczyć autorytetu. Pan pozwolił sobie wznosić toasty z piłkarzami czy raczej osobno ze sztabem?

Mieliśmy ze sztabem pewne rzeczy do omówienia, zaplanowania. Wiadomo, nie uniknie się niektórych spraw, nie mogliśmy zapomnieć o lidze. Ona była dla nas ważniejsza od Pucharu, który był piękny, spełnił marzenia, ale najistotniejsze było, żeby nie spaść z ekstraklasy. Podczas świętowania byliśmy gdzieś tam oddzielnie, ale też wszystko widzieliśmy. Funkcjonowało to na zdrowych zasadach, były śpiewy, bo w tamtej Arce kilku zawodników potrafiło zaśpiewać. Cieszyliśmy się, ale wiedzieliśmy, że po tej nocy przejdziemy do obowiązków ligowych, trzeba było walczyć i robiliśmy to do ostatniej kolejki.


CZYTAJ DALEJ:


Zapytamy jeszcze o finał z 2018 roku. Żałuje Pan czegoś z tamtego meczu? Zostało coś jeszcze w głowie?

Były szanse wygrać, każdy ma szanse, tym bardziej na naszym, polskim podwórku. Znamy historię, zrobiłem dwie zmiany już w przerwie. Nie chciałem ich przeprowadzać w pierwszej połowie, bo to było wielkie święto dla nas. Ale niektórzy zawodnicy, którzy pierwszy raz grali na Narodowym, nie wytrzymali ciśnienia. Za łatwo straciliśmy bramki. Wiedzieliśmy, co nas czeka, a właśnie po takich zagraniach padły gole. Musieliśmy gonić wynik, potem byliśmy w „10”, ale bramka w końcówce dała nam tylko honor w tym meczu. Dalej byliśmy za słabi na Legię, a brakowało też już czasu. Teraz inaczej zestawiłbym skład, pewnie zmieniłbym niektóre rzeczy, gdybym dostał drugą szansę, ale Polak zawsze mądry po szkodzie. Przypomnijmy jednak, że ta przygoda dała Arce Superpuchar Polski. To trofeum zawdzięcza klub tamtej drużynę, bez finału nie byłoby Superpucharu.

Powiedział Pan, że Polak jest mądry po szkodzie. Pan jest mądry już i po sukcesie z 2017, i po szkodzie z 2018 roku. Jaką radę dałby Pan Dariuszowi Marcowi przed finałem?

Wierzyć w swoje umiejętności. To jest tylko jeden mecz. Raków walczy o medale w ekstraklasie, ale Piast też jest mocny, a Arkowcy pokazali, że można z nimi grać skutecznie. Teraz zmierzą się na neutralnym terenie, chociaż Raków jest w tym sezonie do tego przyzwyczajony, bo długo grał na „obcym” boisku. To oni będą faworytami, na nich będzie większa presja. Jeżeli wszystko wyjdzie w obronie, gdynianie nie popełnią głupiego błędu, to naprawdę mogą sprawić niespodziankę. Muszą też wykorzystać sytuacje, które będą mieli. Jeżeli tego nie zrobią, to się może zemścić.

Raków od kilku lat gra podobnie, zmodyfikował tylko pewne rzeczy po awansie do ekstraklasy. Od tamtej pory praktycznie nic, poza personaliami, się nie zmienia. Pewne przeczy można przeanalizować i przewidzieć, oni mają słabsze strony. Mam analizę w głowie, jeżeli ktoś z Arki będzie chciał, może do mnie zadzwonić, powiem, co myślę. Trzeba wykorzystać ich słabsze strony, każdy zawodnik takie ma.

Panie trenerze, na koniec typujemy wynik. Jaki rezultat Pan przewiduje?

Taki sam, jak w 2017 – 2:1 dla Arki.

Bardzo serdecznie dziękujemy i mamy nadzieję, że te przewidywania się sprawdzą.

Pożyjemy, zobaczymy. Szkoda tylko, że na stadionie nie będzie kibiców, bo to byłoby coś fantastycznego. Trzeba jednak oglądać, trzymać kciuki, mi sympatią bliżej jest do Arki i z nią będę w tym meczu.

Rozmawiali Tymoteusz Kobiela i Paweł Kątnik