Sport
Krzysztof Sobieraj po powrocie do Gdyni z finału o Puchar Polski w 2017 roku. Fot. Arka Gdynia SA

czwartek,

29 kwietnia 2021

10:04

W 2017 roku drużyna Arki pędziła do Warszawy tak, że jej autokar zatrzymała drogówka. „Okazało się, że warto mieć marzenia” [POSŁUCHAJ]

Eksperci, bukmacherzy, logika – przed finałem z 2017 roku wszystko kazało wątpić kibicom Arki w to, że ich piłkarze przywiozą z Warszawy drugi w historii klubu Puchar Polski. Ale udało się. Kulisy spotkania oraz pomeczowej fiesty zdradził nam tuż przed kolejnym finałem ówczesny fizjoterapeuta żółto-niebieskich. – Po meczu? To już w zasadzie nie była szatnia – wspominał Marek Gaduła.

Zarówno do kibiców, jak i piłkarzy Arki równie powoli docierał w maju 2017 roku fakt, że drużyna walcząca o utrzymanie w Ekstraklasie zdołała pokonać w finale Pucharu Polski absolutnego faworyta. Powtórny finał w 2018 roku, choć zakończony zimnym prysznicem, do ostatniej chwili zdawał się być okrutnym déja vù. Trzy finały Pucharu Polski w przeciągu pięciu lat? Tym razem sympatycy Arki uwierzą absolutnie we wszystko.

ZAGRALI W RYTM FAJERWERKÓW

W 2017 roku do wszelkich wątpliwości zachęcała przede wszystkim forma piłkarzy, którzy po wielkie marzenia wyruszali niedługo po zwolnieniu trenera Grzegorza Nicińskiego, mając w pamięci głównie smak ligowych porażek.

Niezwykle solidny ostatecznie tego dnia w bramce Arki Pavels Steinbors, występujący wówczas głównie w meczach pucharowych, pamiętał jeszcze swój niezwykle niefortunny występ w półfinałowym rewanżu z Wigrami Suwałki. Kibice, których część po cichu liczyła, że 2 maja zobaczy między słupkami bramki Arki jednak Konrada Jałochę, z niepokojem przyjęli skład meczowej 18-stki, w której – wskutek kontuzji – wypożyczonego z Legii bramkarza nie było nawet na ławce rezerwowych.

Luka Zarandia, który swoim golem przesądzał o wyniku pamiętnego meczu, miał wówczas za sobą zaledwie trzy i pół miesiąca w żółto-niebieskich barwach. Choć swoimi występami zaczynał powoli sygnalizować, że będzie z niego piłkarz, wcześniej nie zdobył dla Arki ani jednej bramki.

Kibice z Gdyni, zupełnie niezniechęceni opiniami innych, stawili się w Warszawie w liczbie przewyższającej pojemność stadionu przy ul. Olimpijskiej – i spowodowali, że Arka najprawdopodobniej jako jedyna drużyna w historii zagrała na Stadionie Narodowym w rytm, dosłownie, wypuszczanych przez nich fajerwerków.

„SZAMPANY I EUFORIA, PO PROSTU EUFORIA…”

A po meczu? Bal nad bale. Spontaniczne podskoki w rytm serwowanych przez piłkarzy dźwięków wypełniły szatnię gości, którzy nie chcieli opuścić jej do godzin wieczornych.

– To już w zasadzie nie była szatnia. Nie wiadomo już było, czy to awaria natrysków, czy jakichś fontann. Szampany i euforia, po prostu euforia. Tańce, radość, śpiewy, nie wiem, czego tam nie było. Jeszcze raz bym takie coś z przyjemnością przeżył – wspominał były koordynator sztabu medycznego Arki.

Przypominamy materiał, w którym kulisy finału z 2017 roku – tuż przed meczem finałowym rozegranym rok później – zdradził ówczesny fizjoterapeuta żółto-niebieskich, Marek Gaduła.

Droga do Warszawy, szatnia przed meczem, kulisy zwycięskiego balu. Marek Gaduła przeżył finały Mistrzostw Świata w 2006 roku z Pawłem Janasem, a także Euro 2008 z Leo Beenhakkerem – ale to zdobyty przez Arkę Puchar Polski wspomina w swojej zawodowej karierze z największą radością.

Posłuchaj materiału:



Anita Kobylińska