Sport
Grzegorz Wojtkowiak był kolejnym gościem Znajomych Ze Słyszenia (Fot. Mateusz Ochocki/Agencja KFP)

środa,

24 marca 2021

16:18

"Na początku to był cios i wielka niewiadoma. Dziś do restauracji zabieramy swój makaron, a idąc na pizzę - własne ciasto"

Grzegorz Wojtkowiak ze sceny schodzi stopniowo i po cichu. W Lechii został skreślony, przeniósł się do drugoligowych rezerw Lecha Poznań, a karierę zawodniczą łączy z przygotowywaniem się do zawodu trenera. Im bliżej końca piłkarskiej przygody, tym więcej okazji jest do refleksji i wspominania. Rozmawiamy o jego synach, którzy cierpią na specyficzną chorobę genetyczną, o żonie, o czasie w Monachium, przenosinach do Lechii i przywiązaniu do Lecha.
Kariera Wojtkowiaka jest wyjątkowa. Rzadko zdarza się, zwłaszcza w czasach, kiedy kluby z całej Europy polują na uzdolnionych nastolatków, by piłkarz zagranicę wyjeżdżał w wieku 28 lat. Obrońca Lecha był już dojrzałym zawodnikiem, gdy zgłosiło się po niego TSV 1860 Monachium. Sam przyznał po czasie, że było to trochę za późno, ale z wyboru nowego pracodawcy był bardzo zadowolony. – Mam do teraz znajomych w Monachium, z którymi utrzymujemy kontakt. Wokół klubu jest fajna atmosfera, otoczka, są starzy kibice, którzy cały czas interesują się zespołem. Zdarzyło mi się, że zostałem rozpoznany w klubowym sklepiku półtora roku po odejściu do Lechii – opowiada nam Wojtkowiak.

Posłuchaj rozmowy z Grzegorzem Wojtkowiakiem, który był gościem Tymoteusza Kobieli i Pawła Kątnika w cyklu Znajomi Ze Słyszenia:

Do tej pory, kiedy wybiera się do Niemiec, dzwoni do Roberta Lewandowskiego. Poznali się jeszcze w Lechu Poznań, później przez pół roku mieszkali w tym samym mieście. – Po odejściu z klubu kilkukrotnie wróciłem do Monachium i dwa lub trzy razy spotkaliśmy się z Robertem, poszliśmy na kolację czy mecz Bayernu. To naturalne, że kiedy się tam wybieram, dzwonię, żeby zapytać, czy jest okazja spotkać się z nim i Anią. Tuż po jego transferze do Bayernu szliśmy jedną z głównych ulic w centrum miasta. Mnóstwo osób nas wtedy zatrzymywało z prośbami o zdjęcia. Widać było, że Robert czuje się doceniony jako nowy piłkarz w klubie – wspomina były reprezentacyjny obrońca.

"TO BYŁ CIOS I WIELKA NIEWIADOMA"

Wojtkowiak z czasu spędzonego w Monachium był zadowolony. Po ponad dwóch latach dostał propozycję przedłużenia umowy. Nie skorzystał z niej, ale zdecydowały o tym względy inne niż sportowe. – Urodziły nam się bliźniaki i ich choroba genetyczna sprawiła, że trzeba było objąć je większą opieką, a życie z dala od rodziny nie pomagało. Pojawiła się propozycja z Gdańska i z niej skorzystaliśmy – tłumaczy.

Z chorobą synów rodzina dziś radzi sobie bez problemów, choć początki nie były łatwe. – To był duży cios i wielka niewiadoma. Moje dzieci chorują na fenyloketonurię, nie mogą spożywać białka. Bardzo dużą rolę odgrywa dieta i kontrolowanie tego, co jedzą. W pierwszym okresie było to bardzo ciężkie. Teraz, kiedy idziemy do restauracji, przeważnie zabieramy swój makaron, do pizzerii bierzemy swoje ciasto do pizzy i prosimy, żeby dzieciom zrobiono coś ekstra. Większość tego, co spożywają, musi być przygotowywane w inny sposób, niż zazwyczaj. To jedyna opcja, żebyśmy zjedli na mieście. W sklepie też dokładnie czytamy tabelkę z wartościami odżywczymi – opowiada Wojtkowiak, zaznaczając, że największe wyzwanie stoi przed jego żoną.

Chłopcy muszą trzymać się specjalnej diety, on - jeść tak, by utrzymać formę sportową, a ich córka nie jest chora na fenyloketonurię i nie ma szczególnych żywieniowych ograniczeń. Zdarza się więc, że trzeba przygotować trzy różne posiłki. – To, jak żona radzi sobie z tym każdego dnia, pokazuje, jaką jest dzielną osobą – zaznacza Wojtkowiak.

"KOCHAM CIEPŁO RODZINNE"

I to właśnie wątki rodzinne, od których zaczynamy rozmowę, wszystko puentują. Bo Wojtkowiak to kolejny piłkarz, który potwierdza, że najważniejsze, to mieć wokół siebie odpowiednie osoby. – Priorytetem dla mnie jest dom. Piłkę kocham, ale ponad wszystko kocham rodzinę i ciepło, które w niej mamy. To pozwala mi też spokojnie podejść do tematu kariery. Futbol nie opiera się tylko na tym, żeby w weekend rozegrać mecz. To wielki stres, ciągła rywalizacja i udowadnianie, kim tak naprawdę jesteś, że jesteś lepszy od konkurenta i potrzebny drużynie. Grając na najwyższym szczeblu rozgrywkowym, cały czas jest się ocenianym. Rodzina sprawia, że na to wszystko patrzy się inaczej – kończy Wojtkowiak.

Tymoteusz Kobiela