Sport
Rafał Siemaszko przed trzema laty pomógł Arce się utrzymać. Czy stać go jeszcze na jakiś zryw? 400mm.pl/Piotr Dziurman

poniedziałek,

22 czerwca 2020

20:27

Arka zagra z Zagłębiem, czyli deja vu, które może nic nie dać

Wehikuł czasu znowu przenosi nas do 2017 roku. Arka ponownie walczy o utrzymanie, ale teraz nie wszystko zależy od niej. Wtedy zależało. Miała tylko wygrać na wyjeździe z Zagłębiem Lubin w ostatniej kolejce i wygrała.
Tamten mecz często wspominany jest w rywalizacji obu zespołów. Nie tylko dlatego, że wiele od niego zależało i nie tylko dlatego że była to ostatnia kolejka ligowa. Kibice - nazwijmy ich, mniej związanymi emocjonalnie z Arką - sugerowali, że Zagłębie Lubin przeszło obok meczu, nie przeszkadzając Arce w utrzymaniu ligowego bytu. 
 
Za ręce nikt nikogo nie złapał, ale odtwarzać tamten mecz można do woli. Szczególnie gola na 2:0 dla Arki. Jończy nie był przesadnie zainteresowany zablokowaniem dośrodkowania Szwocha, a Jach nieszczególnie zatrzymał Formellę. Arka wygrała, utrzymała się i ta sztuka udawała się przez kolejne dwa sezony. Obrazki biernej postawy obrońców - choć kontrowersyjne i dające pole do interpretacji - nie zdarzyły się w polskiej lidze po raz pierwszy i to nie tylko w przypadku meczów zaprzyjaźnionych drużyn.

GRZECHY ARKI

Teraz będzie inaczej, teraz trzeba gonić i nie wszystko zależy od gdynian. Na diagnozy pewnie jeszcze przyjdzie czas, ale te także nietrudno zdefiniować. Czterech trenerów w jednym sezonie, zmiany właścicielskie i na szczeblu kierowniczym w klubie, oraz chybotliwa do pewnego momentu kondycja finansowa spowodowały, że szczęście się odwróciło. A i sportowo nieco się popsuło. Ten mecz z Zagłębiem z 2017 roku jest symboliczny. W ataku biegał szalenie zmotywowany Rafał Siemaszko, autor zresztą bramki na 1:0. Obok siebie miał żądła, które potrafiły kąsać: Szwoch, Marcjanik i Formella regularnie interesowali silniejsze zespoły swoimi usługami, a sam Siemaszko wówczas był jeszcze pełnoprawnym ligowcem i wzmocnieniem składu.
Dziś jest uzupełnieniem, zbliżającym się do końca kariery. A obok ma anonimową grupę wsparcia zza granicy, która w rundzie wiosennej niczym się nie wsławiła: Fabiana Serrarensa, Davita Skhirtladze, Nikolę Mihailovicia. I owszem, wtedy wiosna była fatalna, seria meczów bez zwycięstwa długa, a styl gry trudny do przyswojenia. Ale poprzedziły go zdobyty Puchar Polski, dobra jesień i przekonanie, że jeśli nawet jest kryzys, to przecież istnieje również czas po kryzysie.

TYLKO KRYZYS

Dziś w Arce istnieje tylko kryzys. Czas dookoła płynie, a w Gdyni jakby się zatrzymał. Jego metaforą są Siemaszko, Zbozień i Marciniak - zasłużeni dla klubu, ale coraz bardziej nie przystający do gry o poważne cele w Ekstraklasie. Najważniejszy moment na zmiany przespano, a płakanie nad rozlanym mlekiem nic nie daje. To, co Arka może jeszcze zrobić, to zwarcie szyków, zaciśnięcie zębów i próba wywalczenia czegoś charakterem. I tego niestety wymagać można co najwyżej od wieloletnich, wymienionych wyżej Arkowców. Sezonowi najemnicy, poza Marko Vejinoviciem, nie spełniają żadnych wymogów.

BEZPOŚREDNIO O UTRZYMANIE

Nie ma też co liczyć na hojność rywali. Wielce prawdopodobne, że zdegradowany ŁKS, do końca sezonu będzie tylko łatwym dostarczycielem punktów, a to tylko odbiera Arce pole manewru. By się utrzymać, potrzebne będzie także udowodnienie wyższości w pojedynkach bezpośrednich - z Koroną i Wisłą Kraków, co przy obecnym stylu gry nie będzie zadaniem łatwym.

Pierwszy kroczek może być w miarę łatwy: pokonać Zagłębie, które utrzymanie ma w kieszeni, a przeciwko Arce miewało już słabsze dni. Schody zaczną się naprzeciw Białej Gwiazdy i Koroniarzy. Bo tam są indywidualności - Błaszczykowski i Forsell i trochę więcej stylu niż w gdyńskiej drużynie. Ale najpierw trzeba pomóc szczęściu i rozprawić się z Miedziowymi. I choć pozory mówią, że będzie łatwo, to jednak sporo zależeć będzie od chęci i dyspozycji dnia drużyny z Dolnego Śląska.
 
Paweł Kątnik