Sport
Marko Vejinović dwukrotnie trafił w poprzeczkę w meczu z Wisłą Fot. PAP/Jacek Bednarczyk

sobota,

09 listopada 2019

21:55

Nie przeszkodziły kontrowersje (błędy?) sędziowskie. Arka pokonała wszystkie przeciwności i wygrała z Wisłą

Były ogromne kontrowersje, może nawet błędy sędziowskie i mnóstwo frustracji, ale nie złamało to Arki. Gdynianie walczyli do skutku, szarpali jak mogli i wypracowali sobie zwycięstwo z Wisłą Kraków. Decydującą bramkę zdobył Maciej Jankowski.
Po meczu z Legią wiadomo było, że każda kontrowersyjna decyzja sędziego – tym bardziej, że mecz prowadził Szymon Marciniak – wywoła ogromną burzę wśród kibiców Arki. Nie trzeba było długo czekać, bo w 31. minucie Marko Vejinović – wcześniej rozgrywający raczej słaby mecz – huknął z dystansu. Piłka trafiła w poprzeczkę, odbiła się od ziemi i wróciła na plac gry. Czy przekroczyła linię całym obwodem? Jednoznacznie wyjaśniającej sprawę powtórki nie było. Sędzia gola nie uznał. Sytuację bez problemów rozstrzygnąłby system goal-line, ale tego w Polsce nie ma. Powtórki telewizyjnie nie pozwoliły na stuprocentowe stwierdzenie czy gol był, czy też nie. Później znów była duża kontrowersja. W polu karnym piłkę ręką zagrał David Niepsuj. Sędzia rzutu karnego nie podyktował.

BYŁA PRZEWAGA, NIE BYŁO GOLI

Poza sytuacjami kontrowersyjnymi w pierwszej połowie – biorąc pod uwagę oczekiwania przed tym meczem – było naprawdę sporo ciekawych akcji. Łącznie siedem celnych strzałów, kilka nieźle rozegranych ataków. Arka była też blisko powtórki z Wrocławia, gdzie straciła dwa gole po próbach rozgrywania akcji od tyłu. Tym razem znów gdynianie stracili piłkę pod własnym polem karnym, ale lepszy od Pawła Brożka był Pavels Steinbors, który kolejny raz w tym sezonie uratował kolegów. Wisła na boisku przeważała między 10. a 20. minutą. Poza tym lepsze wrażenie robiła Arka. Goście atakowali, szukali sposobów, znów dużo dawał Skhirtladze.

HAT-TRICK KONTROWERSJI

Dwie kontrowersje to sporo? W drugiej połowie doszła trzecia. Christian Maghoma po dośrodkowaniu trafił do siatki. Wcześniej z piłką minął się Michał Buchalik, przy którym był Maciej Jankowski, będący na pozycji spalonej. Sędzia zinterpretował, że Jankowski absorbował uwagę bramkarza, przez co „spalił” akcję. Decyzja znów podzieliła obserwatorów, kibiców Arki doprowadzając do wściekłości.

DO CZTERECH RAZY SZTUKA

Spalonego nie było jednak w 72. minucie. Michał Nalepa ruszył lewym skrzydłem, idealnie dośrodkował do Jankowskiego (o spalonym nie mogło być mowy), a ten głową wyprowadził gdynian na pierwsze od 21 września prowadzenie. Walczyli, walili głową w mur, nie poddawali się i dostali nagrodę. Arka na tego gola po prostu zapracowała. Nie tylko ofensywą, ale też grą w obronie, bo w 59. minucie żółto-niebiescy w ostatniej chwili zablokowali strzał Brożka, który jak profesor oszukał środkowego obrońcę.

Paradoksalnie dopiero po bramce sytuacja na boisku się uspokoiła. Nie było już kontrowersji, nie było też szaleńczych ataków Wisły, która nie potrafiła znaleźć sposobu na Arkę. Nie pomógł Jakub Błaszczykowski. Arka kilkukrotnie sfaulowała na własnej połowie, powstrzymując groźniej zapowiadające się akcje, ale generalnie raczej spokojnie kontrolowała przebieg meczu. W 90. minucie znów w poprzeczkę trafił Vejinović, ale tym razem obyło się bez kontrowersji, bo piłka wyszła za linię na aut bramkowy. Nawet w doliczonym czasie gry gdynianie nie dali się za mocno zepchnąć we własne pole karne, dużą mądrością wykazywał się Michał Nalepa, i odpychali Wisłę od bramki Steinborsa. Ostatecznie żółto-niebiescy wygrali 1:0.

To pierwsze zwycięstwo Arki od 21 września, ale zwycięstwo symbolicznie. Długo im się nie układało, mogli się sfrustrować, zrzucić winę na sędziów. Zamiast tego walczyli, motywowali się, nawet po nieuznanej bramce Maghomy środkowy obrońca od razu pokazywał kolegom "jedziemy dalej!" i dojechali. Wypracowali sobie żółto-niebiescy to zwycięstwo i w pełni na nie zasłużyli.

Tymoteusz Kobiela