Słyszę, więc piszę. BLOG Adama Grzybowskiego
Dyrektor Eugeniusz Terlecki mnoży, dzieli i liczy fot. Adam Grzybowski

środa,

31 lipca 2013

12:52

Dobry BART tynfa wart

Z Eugeniuszem Terleckim najchętniej i najczęściej rozmawia się o sprawach miłych, łatwych i przyjemnych. Oraz poniekąd o astronomii, jako że jego firma, niejako statutowo, ma do czynienia z gwiazdami. Głównie estrady.
Jednak Bałtycka Agencja Artystyczna, której szefuje, to także sprawy całkiem poważne i przyziemne. Czyli pieniądze i rozliczenia, bo, jak każde przedsiębiorstwo tego typu, także tutaj obowiązują przepisy o finansach i m.in. zamówieniach publicznych. Praktycznie więc - im więcej imprez i im więcej artystów, tym większa i grubsza dokumentacja.

„Smieszno i straszno” - powiedzenie, które niby odnosi się głównie do wyrafinowanych pieszczot z tygrysem. Ale można je również odnieść do instytucji, w której co dziesięciolecie, to inny tygrys i inne hece. Wynikały ze specyfiki epoki, osobowościami dyrektorów i ich doświadczeń.

Pierwszy, którego pamiętam, do branży kulturalnej trafił z działu handlowego Północnego Zjednoczenia Przemysłu Metalowego. Może więc nie tryskał wielkim poczuciem humoru, ale liczyć potrafił. Miał też silnie rozwinięte instynkty opiekuńcze. Do dziś ciepło wspominane przez podopiecznych Wojewódzkiej Agencji Imprez Artystycznych. Radził sobie nieźle, przygarniał wiele muz, unoszących się nad PRL-em lat 60. i wchodziły z tego w całkiem udane kooperacje. Także z naszym radiem przy wspominanym już na tych łamach „Podwieczorku na fali 230”, retransmitowsnym z Sali Koncertowej Grand Hotelu. Czarowali tam publiczność i Zbigniew Korpolewski, który z czasem też został dyrektorem, Jacek Fedorowicz, później „nadredaktor Federowicz” i Zespół Flamingo, z Jerzym Derflem, Gienkiem Pudelewiczem i „Lulu” Woźniakiem na czele.

Jednak legendarny Non-Stop uruchomiła sopocka gastronomia, a nie firma mająca z definicji i statutu trzymać rękę na pulsie także rock and rolla. Tu prym wiodła bowiem estrada szczecińska.

U nas wielkie serce do rocka wykazał dopiero Andrzej Cybulski, następny szef firmy, która przybrała nazwę BART i znak firmowy – Stańczyka uśmiechniętego od ucha do ucha. To o nim i jego zastępczyni pisał Marcin Jacobson: „ryzykowali głową i stanowiskami wyrażając  zgodę na tworzenia systemu promującego niezależnych artystów i zorganizowanie festiwalu rockowego”. Nie bez znaczenia był fakt, że Cybulski i ci, co po nim, przechodzili „chrzest bojowy” w młodzieżowym ruchu społeczno – kulturalno – artystycznym. „Cubuch” był prezesem Klubu Studentów Wybrzeża „Żak”, a Mieczysław Preiss – Komendantem Chorągwi ZHP.

Jemu też parę razy było „smieszno i straszno”. Na przykład, gdy w sierpniu 1980 roku za przykładem stoczni, do strajków chciała dołączyć BART-wska obsługa 20 Festiwalu Piosenki. - Nie tylko potrafił się z nią dogadać. Brnął dalej, gdy włączyliśmy się do organizacji I Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki” – wspomina Marek Łochwicki z VideoStudio Gdańsk.

Jak ma się dziś rosyjskie powiedzenie do tamtych czasów? Eugeniusz Terlecki, kierujący firmą od 16 lat, reasumuje: -  Poprzednicy mogli mieć poważny problem - czy, jak i gdzie zrobić imprezę. Dla nas podstawową kwestią jest dyscyplina finansowa.

Ale o pieniądzach woli nie rozmawiać. Mówi tylko, że „liczba imprez, jakie odbyły czy też odbędą w tym sezonie nie jest tak bardzo imponująca jak byśmy tego chcieli. Jeśli mamy jednak wymieniać jakieś dane - wartym zauważenia jest fakt, że od sierpnia do października 2012 roku  Operę Leśną zwiedziło blisko 20.000 osób. Druga liczba to 5. Jest to liczba tegorocznych festiwali na terenie Opery”.

Dziś jest więc może mniej, niż kiedyś, gwiazd i spektakularnych imprez, a więcej przedsięwzięć ambitniejszych i z wyższej półki. Za to w gruntownie wyremontowanej Operze Leśnej życie artystyczne trafia też na zaplecze. Na przykład gdy realizują cykle warsztatów dla dorosłych i dla dzieci „OP-era – aktywacja”, szkolenia dla kadr kultury i planują stałe ekspozycje.

Festiwale, megakoncerty oraz wielkie spektakle operowe, baletowe, czy teatralne, imprezy okolicznościowe i jubileusze potrafi już robić każdy. Lepiej, lub gorzej. Miejska instytucja kultury, jaką jest BART ma obowiązek realizować misję i umieć liczyć. Także na siebie.