Słyszę, więc piszę. BLOG Adama Grzybowskiego
Fot. Zbigniew Kosycarz / KFP Kosycarz

poniedziałek,

22 lipca 2013

10:40

Kolorowe jarmarki

Sala Biała Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku - mnóstwo wspomnień. Głównie związanych z uroczystościami najwyższej rangi, jacyś dostojnicy, jakieś referaty, jakieś odznaczenia. Szczególnym zainteresowaniem darzono wręczanie medalu Zasłużonym Ziemi Gdańskiej. Srebrzyste krążki miały tę właściwość, że lubiły wypadać z dużych tekturowych etui i z donośnym brzękiem uderzać w ratuszową posadzkę.

Popularne było zakładanie się, ile razy medalowe brzdęknięcie dołączy do dzwoniącej w uszach ciszy, wynikającej z doniosłości ceremonii.

z00000817Tym razem nic nie brzęczało, wypowiedzi były treściwe, a przesłanie jednoznaczne: zbliża się 753. Jarmark św. Dominika. Wszystkie ręce na pokład, wszystkie oczy zwrócone na Gdańsk oraz jeden z jego pięciu głównych atutów turystycznych. Nośnych na tyle, że zawierzyli ich potędze tyscy piwowarzy, mleczarze z Radzynia Podlaskiego, a nawet górnicy naftowi i gazowi – najważniejsi wśród partnerów i sponsorów imprezy. Wydarzeniem o charakterze konsumpcyjnym ma zaś być m.in. – rodem z poznańskiego - Świętomięs polski.

Historia zatoczyła koło. I (trochę) się powtarza. Przecież dokładnie przed czterdziestu laty idea gdańskiego Jarmarku wygenerowała Targi Rybne w Gdyni.

A jak to było, opowiem.

Gdy w 1972 roku red. Alicja Główczyńska i koleżeństwo z Wieczoru Wybrzeża podało władzom gdańskim na tacy pomysł reanimowania Jarmarku, Głos Wybrzeża nie chciał być gorszy. Redaktorzy Kazimierz Kołodziej i Zenon Gralak, dla symetrii, podrzucili Gdyni ideę imprezy o charakterze ekspozycyjno – handlowo – rozrywkowym pn. Targi Rybne. Od 1973 r. na dobrych kilka lat, opanowały Skwer Kościuszki, gdzie ciałem i duchem uczestniczyło się w konsumowaniu darów morza.

Apetyty rosły w miarę jedzenia. Dołączyła miejska gastronomia, a niebawem do rybołówstwa dodano kaszubszczyznę wraz z wszystkimi barwami polskiego folkloru. Tak narodził się Jarmark ludowy, wspieranym szerokim gestem przez Tadeusza Więckowskiego z warszawskiej Cepelii i talentem organizacyjnym Włodzimierza Komarnickiego z miejscowego oddziału tej firmy.

z00000825Gdy więc teraz, tydzień w tydzień, niestrudzona red. Joanna Grajter przedstawia po kilka gdyńskich eventów, przychodzi na myśl, że stuknęła właśnie „czterdziestka” od czasu, gdy Gdynia znów stała się atrakcyjna. Dla miejscowych i gości z kraju i z zagranicy, gdy setki żeglarzy ściągnęła Operacja Żagiel, czyli Cutty Sark Tall Ships' Races. A dzięki imprezie Poznaj Kilonię podjęto pierwszą w powojennej Polsce próbę aktywnej współpracy z zachodnioniemieckim miastem i regionem Szlezwik-Holsztyn. Po kilku latach uporczywych starań, doszło też do podpisania porozumienie o wzajemnej współpracy z Plymouth.

Długa i nieco już zapomniana historia otwierania się miasta na świat, której początek dały imprezy, w których tle słyszało się motyw piosenki „W co się bawić?” z refleksyjną pointą:

Bo chleba dosyć,

Lecz rośnie popyt na igrzyska.