Kultura
Fot. wikimedia commons

sobota,

26 stycznia 2019

10:21

Co piąty proces o czary w Polsce odbył się na Pomorzu. Przesłuchania miały brutalny charakter, dowody zdobywano siłą

- Na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych większość ludzi opierała swoją wiedzę na piśmie świętym - wyjaśnia Joachim Choina z Regionalnej Grupy Popularyzacji Mikrohistorii. - Dlatego wiele rzeczy, których nie rozumieli, tłumaczyli działalnością demonów i kontaktami ludźmi z demonami - dodaje historyk.
Szczęśliwie zachowały się dokumenty dotyczące procesów o czary, m.in. z okolic Skarszew. Pod koniec XVII wieku Skarszewianka Katarzyna Heiders zeznała w 1699 r., że zaczarowała żonę sąsiada, podając jej chleb, w którym siedział diabeł Hans. Jednak nie wystarczyło to sędziom, którzy torturami wymusili na kobiecie zeznania, co do miejsca jej diabelskiego chrztu oraz świadków tego zdarzenia. Oskarżona podała nazwiska trzech kobiet. Dwie z nich już nie żyły. Sędziowie zarzucali jej, że wykorzystywała magię na szkodę innych. Na prośbę czarownicy diabeł miał m.in. pozabijać krowy i gęsi w okolicznych gospodarstwach. Heiders za te czyny została skazana na śmierć na stosie.


TRINA PAPISTEN ZE SŁUPSKA

Podobne procesy toczyły się też w innych pomorskich miastach. Dość głośnym przypadkiem jest historia Triny Papisten ze Słupska. Do słupskiego magistratu trafiło pismo aptekarza Zienecker, który oskarżał kobietę o spółkowanie z diabłem i magiczne praktyki. Jaki był faktyczny powód, nie wiadomo. Może kobieta, jako zielarka podbierała mu klientów. Przedstawiono jej 25 zarzutów. Po torturach przyznała się do 20 z nich. Po trzytygodniowym śledztwie została spalona na stosie.

MŁOT NA CZAROWNICE

- Jedną z metod przesłuchań była tzw. próba wody. Jeżeli kobieta wrzucona do niej utopiła się, oznaczało to, że nie miała żadnych konszachtów z diabłem. Gorzej jeśli się unosiła na powierzchni. Wbrew pozorom nie było to tak trudne, biorąc pod uwagę krój nowożytnych sukni - mówi regionalista.

Wskazówką jak rozpoznawać czarownice i jak prowadzić procesy była książka "Młot na Czarownice". Treść księgi podzielona jest na trzy części. Pierwsza dowodzi, że magia rzeczywiście istnieje, druga opisuje jej formy, a trzecia sposoby wykrywania, sądzenia i pozbywania się wiedźm. W ciągu 200 lat od pierwszego wydania w 1487 roku pojawiło się 16 wznowień.

OSTATNI PROCES NA POMORZU

Ile procesów o czary toczyło się w Polsce? Nie wiadomo. Szacunki naukowców są bardzo rozbieżne. Wahają się od tysiąca do nawet 15 tysięcy spraw. Większość tych spraw miała miejsce w Wielkopolsce (prawie 38 proc.) i Prusach Królewskich (ponad 21 proc.). Jeden z ostatnich takich procesów na Pomorzu miał miejsce w Gdańsku. Sprawa dotyczyła 88-letniej Anny Kruger.

- Kobieta mieszkała w pobliżu szpitala dla chorych na ospę. Sama nigdy nie zachorowała. Była też bardzo sędziwa, co wówczas było rzadkością. Zniedołężniała uchodziła za osobę bardzo pobożną i zdziwaczałą. Gdy masowo zaczęło padać bydło, gdańszczanie zaczęli szukać kozła ofiarnego. Wtedy przypomniano sobie o staruszce Annie. Szybko orzeczono, że to wiedźma, ma konszachty z diabłem i rzuciła zły czar. W efekcie spłonęła na stosie - dodaje Choina.

KONIEC PROCESÓW O CZARY

Za datę kończącą procesy o czary w Polsce można przyjąć rok 1776. Sejm uchwalił wówczas tzw. Konwikcje w sprawach kryminalnych. Nowe prawo zakazywało torturowania przesłuchiwanych oraz skazywania osób oskarżonych o czarny na karę śmierci.


Tomasz Gdaniec/puch