Kultura
Fot. Przemysław Burda

poniedziałek,

18 września 2017

08:56

Wiedźmin zwyciężył – polska prapremiera musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni

Musical "Wiedźmin" wystawiony na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni był wydarzeniem jeszcze przed premierą – kultowy (dla niektórych przynajmniej) bohater prozy Andrzeja Sapkowskiego, popularność gry i filmu (nawet, jeśli ten ostatni srogie zbierał recenzje) budziły wielkie oczekiwania, często zresztą sprzeczne. Kogo zadowoli ten spektakl?


Po pierwsze każdego, kto ulega magii teatru z całą jego machinerią, w tym przypadku maksymalnie rozkręconą w gigantyczne, multimedialne, wesołe (choć czasem smutne) miasteczko. Za sprawą projekcji i animacji skromna konstrukcja wnętrza wielkiego młyna (Wiedźmin staje się tu rodzajem Don Kichota, albo jednym z ziarenek, które wpadły w żarna Młyna Przeznaczenia) zamienia się w kalejdoskop przestrzeni rzeczywistych i baśniowych. Czasem aż oko nie nadąża z rejestracją szczegółów i atrakcji – chyba, że jest to projekcja totalna, jak wtedy, gdy morskie fale porywają Jeża i Pavettę.

Do tego dochodzą wyczyny akrobatów wędrujących po ścianach, przemykających w popisach i lewitujących na linach, unoszących się na różnych konstrukcjach aktorów i ożywiających scenę tancerzy. Trzeba przyznać, że reżyser i autor adaptacji Wojciech Kościelniak wydobył z tej opowieści obrazy mityczno-baśniowe, o których trudno zapomnieć.

Muzyka Piotra Dziubka  towarzyszy akcji na modłę filmową, zbyt rzadko niestety "wybuchając" w porywających songach. Dużo jest tu dialogu, anty-baśniowych narracji,  sporo musi wyjaśniać w swoich balladach Jaskier (na premierze znakomity, ujmujący i kiedy trzeba zabawny Jakub Badurka).

wiedzmin2 copyFot. Przemysław Burda


Wszystko to z Sapkowskiego wzięte, łącznie z dowcipami, ale nie zawsze sprawdza się na scenie równie dobrze, jak w książkach. Jednym z chlubnych wyjątków jest scena łowienia ryb, zakończona wyłowieniem Dżina. Na szczęście Wojciech Kościelniak zawsze jest wierny autorom przenoszonych na scenę tekstów („Lalka”, Zły”, „Chłopi” w Teatrze Muzycznym w Gdyni) sięgając znacznie głębiej, niż do poziomu cytatów i intrygi.

Tym razem także stworzył symboliczną i pełną emocji opowieść o Przeznaczeniu, Dziecku Niespodziance i świecie, dla którego Wiedźmin jest ostatnią nadzieją i ostatnim sprawiedliwym. Konstrukcyjnie rozwiązał to tak, że Geralt z Rivii majaczy i wspomina ranny na uroczysku po tym, jak ratował Yurgę i jego dobytek – wyświetlane na kurtynie  napisy przenoszą nas do kolejnych miejsc i zdarzeń z przeszłości, w której doszło do poczęcia Dziecka Niespodzianki i zaklęcia jego losu, związania Geralta i Yennefer niemożliwą do spełnienia, ale zarazem wieczną miłością i wszystkiego, co formowało bohatera na ojca i mistrza małej Ciri (na premierze grała ją perfekcyjnie, z ogromnym wdziękiem i chyba zupełnie bez tremy Maria Błaszkiewicz), co wreszcie zmieniło rozkapryszoną dziewczynkę w gotową do życiowego treningu nadzieję przyszłości.

Końcowa scena jest porywająca – emocjonalnie, choreograficznie, muzycznie, przede wszystkim jednak fabularnie, bo w niej wszystko łączy się i wypełnia. Porównać z nią można chyba tylko tę na Górze Czarodziejów, gdzie Geralt spotyka się ze Śmiercią. To wizjonerski, gorzki i zarazem pełen spokoju obraz zaświatów z jednym z piękniejszych songów tego musicalu (przy okazji – większość z nich wydano na płycie).

Znakomita jest też postać Płotki (dowcipna, pełnokrwista "metafora sceniczna" w wykonaniu Reni Gosławskiej), kobyłki stającej się osobnym i bardzo ważnym bohaterem opowieści, a zarazem jedynym wiecznym przyjacielem Wiedźmina.

wiedzmin3Fot. Przemysław Burda


A sam Wiedźmin? Modest Ruciński (to on zagrał prapremierę, drugim Wiedźminem jest Krzysztof Kowalski) obdarzył Geralta siłą charakteru i pełną goryczy dojrzałością, ale też wrażliwością i poczuciem humoru (do łez bawiąca scena opowiadania Ciri bajki). Andrzej Sapkowski powiedział kiedyś, że Geralt jest jak maszt, który dźwiga konstrukcję całej opowieści – tak jest też w gdyńskim spektaklu i nie tylko z powodów fabularnych.

Postać Wiedźmina, kanonicznie blada, z bliznami, kocimi oczami i miotłą (to niestety określenie, które nasuwa się w sprawie peruki) białych włosów, z pozoru i na początku jest niepozorna, dość statyczna, jednak z czasem jakby nabiera wagi i mocy. To bohater, którego i my potrzebujemy – prawy wojownik w zdeprawowanym, upadającym świecie.

A Yennefer? Jest najpiękniejsza. Katarzyna Wojasińska cudownie śpiewa, równie pięknie wygląda i chyba doskonale rozumie tę, ponad swój czas i otoczenie wyzwoloną, niewiastę. To ona i Ciri zebrały na premierze największe owacje. Geralt nie protestował – akurat tym kobietom zawsze był poddany, ale z resztą świata zwyciężył. Uniósł mit pokaleczonego bohatera, ostatniej nadziei wymierających bestii i szlachetnych ludzi.


Iwona Borawska/puch


Zobacz Galerię