Wiadomości
Młodzież z Łodzi była na obozie harcerskim w Suszku. Wtedy zerwała się nawałnica. Fot. Agencja KFP/Aleksander Knitter

sobota,

12 sierpnia 2017

15:42

"Wszystko trwało jakieś dwie minuty". Harcmistrz po śmierci dwóch nastolatek na obozie harcerskim

Prokuratura wyjaśnia okoliczności śmierci dwóch harcerek na obozie w Suszku koło Chojnic. W nocy nawałnica spowodowała masowe przewracanie się drzew.

AKTUALIZACJA PONIEDZIAŁEK

Zastępca prokuratora okręgowego w Słupsku Dariusz Kloc powiedział, że wydelegowano trzech prokuratorów, którzy zajmują się tylko sprawą tragedii na obozie w Suszku. W środę mają być znane wstępne wyniki sekcji zwłok dwóch harcerek, które zginęły w wyniku nawałnicy. Tego samego dnia Prokuratura Okręgowa w Słupsku podejmie decyzję czy przejąć śledztwo. Na razie wciąż prowadzi je prokuratura rejonowa w Chojnicach.

Dobre wiadomości napływają ze szpitali. Pod opieką lekarzy jest już tylko czwórka poszkodowanych dzieci. - Jedno z dwojga przebywających w szpitalu w Chojnicach jutro zostanie karetką przewiezione do Łodzi - mówi dyrektor szpitala w Chojnicach Leszek Bonna. Dwoje dzieci jest wciąż na specjalistycznych oddziałach w szpitalach w Gdańsku i Bydgoszczy. Życie żadnego z dzieci przebywających w szpitalach nie jest zagrożone.


Dwie harcerki zginęły, ponad dwudziestu innych uczestników harcerskiego obozu zostało poszkodowanych.


NAGŁY KATAKLIZM

Strażakom i okolicznym mieszkańcom udało się ich ewakuować. Harcmistrz Robert Kowalski - naczelnik Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, który organizował obóz w Suszku - mówi, że kataklizm zaskoczył wszystkich. - Sytuacja pogodowa nie narastała, to było coś gwałtownego. Moment od dwóch pierwszych kropli deszczu do łamania się drzew trwał około 2 minut. Samo przebiegnięcie się po ciemnych namiotach, gdzie dzieciaki śpią zakutane w śpiworach i trzeba je obudzić oraz wytłumaczyć co się dzieje chwilę trwa. To co się dało zrobić, zostało wg mnie zrobione w odpowiedni sposób. Niestety, zaważyła tutaj szybkość działania kataklizmu - tłumaczy.

Harcmistrz Adam Kralisz z ZHR Łódź, który organizował obóz w Suszku, mówi, że harcerze spodziewali się burzy i złej pogody, ale nie huraganu. - Doszło do natychmiastowych zniszczeń. Olbrzymie drzewa, szersze od trzech osób razem, kładły się jak zapałki. Tam mogło dojść do jeszcze większej tragedii - dodaje.


PRZERAŻENIE NIE DO OPISANIA

W nocy dzieci ratowali też mieszkańcy pobliskiej wsi. Sołtys Arkadiusz Kupczak opowiada, że wichura wyrządziła ogromne szkody. - Wichura położyła cały las. Drzewo leżało przy drzewie, ciężko było dotrzeć do tych dzieci. Sami mieszkańcy nie mieli pojęcia, gdzie jest droga. Drzewa leżały jak zboże po wichurze. Same dzieci było spanikowane. Widziałem je w świetlicy, to nie do opisania - mówi.


EWAKUACJA DZIECI

Dzieci ewakuowane z obozu przewieziono do szkoły do miejscowości Nowa Cerkiew. Część została odebrana przez rodziców, po resztę przyjadą z Łodzi autobusy. Przedstawiciele Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, który organizował obóz, poinformowali, że uczestnicy spali w dziesięcioosobowym namiotach. Całe wyposażenie obozu zostało doszczętnie zniszczone.


- Obok nas przełamało się grube drzewo. Kazali nam uciekać do zgrupowania. My się położyliśmy i mieliśmy szczęście, a potem przez około godzinę siedzieliśmy w patykach, do wtedy kiedy połamią się wszystkie drzewa - mówił jeden z uczestników obozu. - Zrobiliśmy sobie osłonki na głowy, jak się trochę uspokoiło, najbardziej poszkodowani poszliśmy do samochodu by się ogrzać, a potem do młodnika bo tam było najbezpieczniej. Wezwaliśmy straż pożarną o 23, ale były takie utrudnienia na drodze, że dojechali dopiero na piątą rano - dodawali harcerze.

 
Rozkazem Specjalnym Druha Przewodniczącego ZHR hm. Grzegorza Nowika zarządzono we wszystkich jednostkach Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej miesięczną żałobę. Całość rozkazu można przeczytać >>> TUTAJ.


Posłuchaj reportażu Przemysława Wosia:

Przemysław Woś/mili/pkat


Zobacz Galerię