Sport
Fot. RG/Tymoteusz Kobiela

niedziela,

18 czerwca 2017

15:51

„Nie lubię, kiedy wokół jest za dużo ludzi” – Mateusz Mika prywatnie

Dlaczego od dawna był kontuzjowany? Czy nauczył się żyć z bólem? Dlaczego okłamuje rodziców? Jakie ma marzenia i czy dobrze się ubiera? Co zrobi po zakończeniu kariery? Na te, i wiele innych pytań, odpowiada w rozmowie z Tymoteuszem Kobielą mistrz świata w siatkówce  Mateusz Mika.


– Dwumetrowy James Bond z brodą, kręconymi włosami – wchodzisz w to?


– Nie, nie mam talentu aktorskiego. (śmiech)

– Ale chciałbyś?

– Nie, nie chciałbym. Nie interesuje mnie szklany ekran.

– Mówiłeś, że nie chciałbyś, żeby 2015 rok był ostatnim, w którym odnosiłeś sukcesy. Nie masz wrażenia, że Twoja kariera przez kontuzje i pecha trochę wyhamowała?

– Przede wszystkim przez brak wyników. Ani w klubie, ani w reprezentacji nie udało się osiągnąć tego, co sobie zakładaliśmy. Takie jest życie. Trzeba iść dalej i nie załamywać się. Teraz jestem na rekonwalescencji i przygotowuję się do kolejnych wyzwań.

– Mówiłeś też, że słabych wyników nie można usprawiedliwiać kontuzjami, ale ja mam wrażenie, że grałbyś na dużo wyższym poziomie, gdyby nie to, że one Cię prześladowały.

– Powiem tak, mam nadzieję, że to prawda, bo znaczyłoby to, że będę grał lepiej, ale nie lubię się tłumaczyć i zwalać winy na kontuzje.

­– Przez cały ten czas, kiedy grałeś z kontuzją i na lekach przeciwbólowych, nauczyłeś się żyć z bólem?

– Musiałem. Nie jest to nic przyjemnego, kiedy schodzisz z treningu i masz dość, ale miałem taki okres w karierze. Mam nadzieję, że to przeszłość i że od nowego sezonu wszystko wróci do normy.

– Nie było tak, że przekroczyłeś tę barierę poświęcenia własnego organizmu dla drużyny? Może trzeba było wcześniej zrobić przerwę?

­– Podejmowałem inne metody leczenia, wierzyłem w nie i miałem nadzieję, że będą skutecznie. Takie metody, które nie wymagają rozcinania i otwierania organizmu. Niestety, nie pomogły i musiałem zdecydować się na zabieg, który się udał i mam nadzieję, że przy dobrej rehabilitacji, wrócę do bezbolesnej dla mojego kolana dyspozycji.

– Pierwsze bóle w kolanie pojawiały się już w wieku osiemnastu, dziewiętnastu lat. Nie masz wrażenia, że przez liczbę meczów, które zagrałeś, Twój organizm został za mocno wyeksploatowany?

­– Bóle młodzieńcze, tak to nazwę, zostały zaleczone i nie wracały do Pucharu Świata w Japonii. Prawda jest taka, że była to kontuzja przeciążeniowa, z którą teoretycznie można grać. Nie da się tego bardziej zepsuć – to po prostu boli.

­– Kłopoty ze zdrowiem, czysto fizyczne, odbijają się też na psychice?

­– To jest męczące psychicznie, kiedy chce się coś zrobić, a nie można, bo jest się blokowanym przez własne ciało. Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do tego. Nie podobało mi się to i kiedy tylko miałem lepszy moment – a zdarzyło się to kilka razy – to od razu widziałem większą jakość w tym, co robię. Cieszyłem się, a nie martwiłem, że znów coś mnie boli.

– Nie miałeś momentów zrezygnowania?

– Miałem, oczywiście. Drugi raz historii nie napiszę – stało się to, co się stało. Na razie jestem zadowolony z tego, że mam czas na to, żeby się porządnie wyleczyć.

­– Jak to wygląda od strony rodziny? Jak znoszą to, że wiedzą, że Cię boli?

– Ja zawsze mówię, że nic mnie nie boli, żeby się nie martwili. Przy każdym telefonie pytają mnie o zdrowie i zawsze odpowiadam, że jest lepiej albo że jest dobrze  i że nie mają się o co martwić. Radzę sobie z tym sam i mam nadzieję, że niedługo skończą się pytania o zdrowie.

– Szybko wyjechałeś z domu. Co czułeś, opuszczając rodziców? Nie bolało Cię to?

– To był proces – nie było tak, że ktoś przyjechał i wyrwał mnie od rodziców. Podejmowałem tę decyzję na przestrzeni czasu. Mama nie była z tego zadowolona, ale tata ją przekonał, żeby mnie puścili. Sam pobyt w szkole był ciężki. Jak ktoś był w Spale to wie, jak to wygląda. Jest sklep, pizzeria i las – można spacerować, ale po trzech latach to się nudzi. To jest trochę szkoła przetrwania, szczególnie z psychicznego punktu widzenia, bo jest tam trochę jak w więzieniu. Nie wiem jak teraz, może coś się zmieniło, ale wtedy było to dosyć trudne.

– A rodzice nie bali się o edukację?

– Maturę zdałem, wyższego wykształcenia nie mam i jakoś żyję, nie? Mama zawsze chciała, żebym się dobrze uczył. W gimnazjum mi to wychodziło, a w liceum pociągnąłem już na tym, co wiedziałem z gimnazjum.

t00063505 copy

Fot. Agencja KFP/Mateusz Ochocki

– Trener Anastasi to osoba, dla której przychodzi się do klubu?

– Na pewno jest ważnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji. Każdy chce pracować z dobrym trenerem, a Anastasi jest bardzo dobrym.

– A jaka jest największa różnica między trenerem Anastasim a trenerem Antigą, który doprowadził was do mistrzostwa świata?

– Różnic jest wiele, można by rozprawkę napisać – różny styl pracy, różne podejście – co kto lubi.

– Jaka była organizacja pracy za czasów trenera Antigi?

­– Za czasów Stefana było wesoło, nie? (śmiech) Było, minęło. Czasami było fajnie, czasami niefajnie i tyle.

– Patrząc ze sportowego punktu widzenia, jesteś niewątpliwie gwiazdą. Mam jednak wrażenie, że na Tobie ta popularność zupełnie nie robi wrażenia.

– Czasami to pomaga, bo pani w okienku na poczcie się do mnie uśmiechnie, ale czasami jest drażniące, bo zdarza się, że chcę wyjść na spacer bez kontaktu z nieznanymi ludźmi.

– A można spokojnie pojeździć na hulajnodze?

­– Teraz ze względu na kontuzję już nie, ale lubię. Szczególnie wieczorową porą, kiedy jest już mało rowerzystów. Biorę psa, zakładam mu szelki i ja stoję, a on mnie ciągnie.

– Jak to jest z Tobą i zdrowym trybem życia? Mówiłeś o hot dogach, batonach. Piwo to też dość popularny napój wśród siatkarzy. Nie jesteście Grzegorzami Krychowiakami polskiej siatkówki.

– Nie można też generalizować, bo jest wielu chłopaków, którzy bardzo mocno się pilnują w kwestiach diety. Ja też ostatnio zacząłem o to dbać, ale mam taki organizm, że nieważne, co zjem, i tak nie będę miał nadwagi. Nie jest tak, że piję samą colę i jem hot dogi, ale to też nie tak, że moja dieta to tylko kurczak i ryż z warzywami.

– Orkiestra weselna, stolarz, drwal – nie ma tu za dużo punktów wspólnych z siatkówką.

– W orkiestrze weselnej, jakbym nauczył się lepiej grać, to mógłbym zagrać, stolarstwo wydaje się fajne, bo uspokaja człowieka, a drwal? Można się wyżyć i pomachać siekierą.

– Były korki, zaspałem, pomyliłem godziny – tak się najczęściej witasz w szatni?

– Nie, ja się bardzo rzadko spóźniam. Może trzy razy w sezonie.

 – Ale lubisz pospać długo.

– Lubię. Spanie jest przyjemne – można leżeć i odpocząć. Potrafię długo spać.