Sport
Fot. Agencja KFP/Mateusz Ochocki

poniedziałek,

15 maja 2017

17:45

W Lechii wszystko "ekstra". Czyli za dużo ekstrawagancji

Był 2011 rok. Na ławce trenerskiej Lechii Gdańsk Tomasz Kafarski, a na boisku najbardziej efektowna drużyna Ekstraklasy. Ulubieńcem gdańskiej publiczności był wówczas Abdou Razack Traore. Ósme miejsce na koniec sezonu i brak europejskich pucharów przyjęto z niedosytem by nie powiedzieć dezaprobatą.


Tamtejsza Lechia zachwycała obserwatorów rodzimego futbolu fantazyjną grą i dużą ilością bramek. Zwycięstwa z Górnikiem Zabrze (5:1) czy z Legią przy Łazienkowskiej (0:3), sprawiły iż na Lechię spoglądano jak na głównego kandydata do gry w europejskich pucharach.

BRAK CZEGOŚ „EKSTRA”

W pewnym momencie sezonu, gdy do jego zakończenia pozostało kilka kolejek, podopieczni Tomasza Kafarskiego, piastowali nawet pozycję wicelidera Ekstraklasy. A jednak w obu sezonach pod wodzą „Mourinho z Kaszub”, wiosna była słabsza od jesieni. Dlaczego? Grający wówczas w Lechii Łukasz Surma, dzisiaj ligowiec z największą liczbą występów w najwyższej klasie rozgrywkowej powiedział, że wynik od ostatniego do szóstego miejsca w tabeli ligowej, może zająć każda drużyna z Ekstraklasy. Powyżej tego miejsca, drużyna musi mieć coś „ekstra”. Lechii na wspomniane „ekstra” nie było stać. – Graliśmy 3 spotkania w jeden tydzień. Zabrakło wówczas doświadczenia, mnie również – wspominał po latach w rozmowie z portalem lechiahistoria.pl trener Kafarski.

HISTORIA KOŁEM SIĘ TOCZY

Dokładnie rok temu, 15 maja w Krakowie, Lechia podążała do Krakowa po europejskie puchary. Rywalem silna, ale przecież dużo uboższa w piłkarskie nazwiska Cracovia. Eksperci wskazywali Lechię jako faworyta, były Reprezentant Polski Radosław Gilewicz typował upragnioną Ligę Europejską dla gdańszczan. W Krakowie podopiecznym Piotra Nowaka nie było jednak do śmiechu. Wynik 0:2 i spektakularne wypuszczenie szans na pokazanie się w Europie.
Dziś historia się powtarza. Piłkarski maraton ruszył na dobre, biało-zieloni mają do rozegrania 3 mecze w 7 dni (14, 17, 21 maja) i potykają się podobnie jak przed rokiem na niżej notowanej Koronie Kielce.

BEZ PARY NA PUCHARY

Rzut oka na czołówkę Ekstraklasy. W walce o mistrzostwo pozostają cztery ekipy. Jagiellonia, Legia, Lech i Lechia. Gdyby zaryzykować tezę, że doświadczenie w grze na kilku frontach, jest handicapem w najistotniejszych momentach sezonu, a praktyka w starciach z rywalami zagranicznymi dodatkowym atutem, Lechia na tle pozostałych kandydatów do wypada blado. Legia Warszawa od 2010 roku, tylko raz, w sezonie 2010/11 nie zakwalifikowała się do europejskich pucharów. Lech Poznań podobnie, w sezonie 2011/12. Jagiellonia dwukrotnie zaznaczała swoją obecność w Lidze Europy (sezony 2010/11 oraz 2015/16) a Lechia? Ostatni pucharowy epizod zaliczyła 34 lata temu. Czy w takim stanie rzeczy można upatrywać przyczyn niedzielnej wpadki z Koroną? Absolutnie nie, ale klątwa pucharów wisi nad Gdańskiem zdecydowanie zbyt długo.

Być może trudno jest znaleźć odpowiednie pokłady motywacji i koncentracji, gdy do gabinetu prezesa trafia się z powodu nie tylko obiecanych premii, ale także wielotygodniowych zaległości w płatnościach? A te są o tyle nielogiczne, że w Gdańsku epatowano bogactwem. Chociażby wypożyczając nieeksploatowanego van Kessela. A może to znacznie prostsze i wnioski Łukasza Surmy należy odwrócić. Brak czegoś „ekstra” – przypuszczalnie nie ekstra piłkarzy, ekstra stadionu, czy ekstra aspiracji, a zwyczajnie zbyt dużo ekstrawagancji w obiecywaniu wielkich rzeczy, przy zaniedbaniu tych podstawowych.

Paweł Kątnik