Śniadanie w Radiu Gdańsk

Prowadzi: 

09:10

poniedziałek,

31 lipca 2017

Prezydenckie weto nadal budzi emocje. Rozłam władzy jest nieunikniony?

W poniedziałek 24 lipca prezydent zawetował ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa prokuratora generalnego nad Sądem Najwyższym. Co sądzą o tym politycy?

Prezydent wyraził ubolewanie, że nie przedstawiono mu projektu ustawy o Sądzie Najwyższym przed jego procedowaniem w parlamencie. Andrzej Duda zaznaczył, że jest zwolennikiem reformy sądownictwa, ale "reformy mądrej".

- Byłam zaskoczona, nie będę tego ukrywać - przyznała Dorota Arciszewska-Mielewczyk, posłanka PiS. - To było zaskoczenie dla wielu wyborców PiS. Ale prezydent ma do tego prawo, tylko że przyjmuje na siebie bardzo dużą odpowiedzialność, jeśli chodzi o propozycje, które sam złoży. Zobowiązał się, że sam jednak ten projekt przedstawi. A nie mówi o tym, że jego propozycje to są takie czy takie do ustawy. Ja czekam na tę propozycję. Ważne jest to, że my jesteśmy na siebie nawzajem skazani. Prezydent bez parlamentu nie jest w stanie tego przegłosować. Po drugie, szliśmy do wyborów robiąc kampanię prezydentowi z hasłem głębokiej reformy sądownictwa. Prezydent w swoim wystąpieniu powiedział, że chce tej głębokiej reformy i tutaj z tej drogi nic nas nie jest w stanie ściągnąć - podkreślała posłanka.

- Trudno tu mówić o triumfie, dlatego że prezydent zawetował tylko dwie z trzech ustaw - uważa Małgorzata Chmiel, posłanka PO. - Miejmy tego świadomość, że nie zawetował, tylko podpisał ustawę, która najbardziej dotyka sądów, które są najbliżej nas, obywateli - dodała.

Małgorzata Chmiel odniosła się też do wypowiedzi Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk. - Oczywiście, że trzeba zmieniać i reformować sądy, co do tego żadne środowisko nie ma wątpliwości. Natomiast te ustawy waszego autorstwa, z których dwie pan prezydent zawetował, a jedną nie, nie usprawniały w żadnym artykule działania sądów. To były typowe kadrówki, żeby zmienić, wyrzucić wszystkich obecnych, nawet pierwszą sędzię Sądu Najwyższego, która jest - w myśl Konstytucji - wybrana na sześcioletnią kadencję.

- Myślę, że można tutaj przywołać kwestię "szorstkiej przyjaźni" Aleksandra Kwaśniewskiego, prezydenta RP i Leszka Millera, szefa partii. Pokazuje, jak z błahych spraw może powstać poważny konflikt. Aleksander Kwaśniewski, będąc prezydentem Rzeczpospolitej, chciał być też prezydentem SLD, nie będąc członkiem tej partii. Jeżeli w porę tego typu napięcia nie zostaną usunięte i zamortyzowane to konflikt, powstały czasem z przypadku, staje się istotą uprawiania polityki, bo ambicje są jej częścią. W tym sensie jest to niewątpliwie ważny moment dla PiS. Czy potrafi sobie z tą sytuacją - niewątpliwie kryzysową - poradzić? Czy sprawa będzie ważniejsza niż ambicje polityczne liderów? - zastanawiał się Marek Formela z SLD.

 

mar